Nim się człowiek obejrzał, nadszedł listopad i koniec roku coraz bliżej. W sklepach pojawiły się ozdoby choinkowe, więc i Święta chyba za pasem, czy jakoś tak. Sylwester zapowiada się tragicznie. Wygląda bowiem na to, że Mąż zaraz po Bożym Narodzeniu sobie popłynie, a ja zostanę w domu, z moją gromadą futrzastych czworonogów. Nie, żebym narzekała.
Życie sobie płynie powoli. Fundując nam od czasu do czasu, różnorodne niespodzianki. Bardziej lub mniej radosne. Tradycyjnie byliśmy na cmentarzu z początkiem miesiąca (niemalże w dosłownym tego słowa znaczeniu..). W tym roku, smutne listopadowe święto dotknęło mnie jeszcze mocniej niż zwykle.
Kilka dni przed końcem października, w ciągu jednego dnia, przeżyliśmy dwa odległe od siebie bardzo, stany emocjonalne. Rano okazało się, że nasza koteczka ostro szykuje się do swojego pierwszego porodu. Zapowiadało się radośnie, choć dla wszystkich było to ogromne zaskoczenie. Niestety, nie udało się. W momencie narodzin, jednocześnie powitaliśmy na świecie maluszka i pożegnaliśmy Go… odszedł do Krainy Wiecznych Łowów, która znajduje się za Tęczowym Mostem i czeka tam na nas.
Nie lubię tego miesiąca, jeszcze bardziej niż kiedyś…
Brak komentarzy.