Nie wiem czy to taki okres, czy po prostu znowu wszędzie je widzę. Pająki się na mnie uwzięły i prawdę mówiąc, coraz gorzej sobie z tym radzę. Wczoraj, gdy wchodziłam do pracy ujrzałam między ścianą, a szafką wielkiego pająka – dawno takiego wielkiego nie widziałam i nawet z moją zdolnością do wyolbrzymiania tych stworzeń, nie przesadzam tym razem. Uciekłam w popłochu do biura i cały dzień zastanawiałam się, jak z niego wyjdę. Na szczęście przyszła po mnie mama, która wyszła pierwsza, a ja wyskoczyłam zaraz za Nią.
Dziś do pracy wchodziłam nieco dziwnie. Najpierw ostrożnie otworzyłam drzwi, wyłączyłam alarm – rozglądając się, czy nie wisi mi gdzieś nad głową, po czym sprintem postanowiłam wbiec do biura, żeby nie widzieć, czy wciąż tkwi za meblami. Niestety nie zdążyłam się dobrze rozpędzić, a już musiałam hamować, gdyż ten włochaty tłuścioch wyszedł wprost pod moje nogi i tak niewinnie łypał na mnie spode łba – serio, ja to widziałam. Po czym schował się w kąt między ścianą, a podłogą.
Zrobiło mi się ciemno przed oczami, zalał mnie pot i o mało nie zemdlałam. Dobrze, że pod ręką miałam półki z archiwalnymi dokumentami. Złapałam więc teczkę i zrzuciłam na robala. Nie zadziałało, ale przepędziło go bardziej na środek korytarza i tam już dopadła go druga teczka. Musiałam po niej trochę poskakać, żeby się upewnić, że już nie będzie w stanie mnie zaatakować. Był bez szans.
Udało mi się jeszcze zrobić zdjęcie telefonem, na dowód tego, że nie przesadzałam, po czym zwymiotowałam chyba całe śniadanie. To już dawno przestał być tylko lęk..