Archive | Refleksje i Nastroje RSS feed for this section

Wandalizm

Brak mi słów, gdy widzę jak ludzie dewastują miasto. Połamane ławki, które postawiono kilka dni temu. Powyrywane i poprzewracane kosze na śmieci, których nie uratowało nawet to, że zostały wmurowane. Opadają mi ręce oraz włącza mi się najwyższy poziom agresji. Wandalizm budzi we mnie mordercze instynkty. Gdybym takiego wandala przyłapała na gorącym uczynku, nie ręczę za siebie.

W drodze do lub z pracy, bardzo często mijam oczko wodne, które znajduje się w centralnej części Parku Zdrojowego. Od oczka odchodzą alejki, które prowadzą do promenady, szpitala, fortyfikacji. Generalnie, jest to bardzo ładny fragment parku. Zwykle przystaję tam na chwilę, zerkam na kaczki i je karmię.


Przechodziłam obok oczka w środę wieczorem. Uśmiechnęłam się, gdyż pływały w nim dwie kacze pary. Zastanawiałam się nawet, dlaczego jest ich w tym roku tak mało. Następnego dnia, zamiast znajomego widoku, ujrzałam obraz nędzy i rozpaczy (którego zdjęcie powyżej). Kamienie, którym było obłożone dookoła oczko, zostały przez jakąś bezmyślną istotę wrzucone do środka. Zamiast wody – błoto, zamiast kaczek – kamienie.

Nie mam słów.

0 Comments

Życie jest cholernie proste

Pojawiła się znikąd. Weszła bez pukania i jest odpowiedzialna za mój doskonały nastrój. Ona, która pisze do mnie długie, jak nikt inny, listy. Każdego dnia, na kilka godzin, przyciąga mnie do siebie. Wciąga mnie w świat swoich liter, otula słowami i wspiera. Ona, która rozumie mnie bez słów i w każdym potrafi odnaleźć drugie dno.

Zafundowała mi dzisiaj morze łez oraz niezliczoną liczbę powodów do wzruszeń. Jeden z fragmentów, który mnie wyjątkowo poruszył, zapisuję poniżej, ku pamięci.

Miłość moja kochana, polega na tym, że kiedy na dworze jest tak zimno i ciemno jak teraz, i kiedy wracasz przez śnieg, wiatr i zapchane ulice, i kiedy jedyne o czym marzysz to dotrzeć wreszcie do domu, on czeka tam na ciebie z czerwonym, ciepłym kocem i herbatą, w której jest łyżeczka miodu i dwa cienkie plasterki cytryny, i właśnie w tej sekundzie kiedy wchodzisz, odkrywasz że on wiedział czego ci potrzeba wcześniej, niż ty zdążyłaś to sobie uświadomić, i tylko on, jedyny wśród sześciu miliardów wie o tej jednej łyżeczce miodu i dwóch cienkich plasterkach cytryny, i to, co było przed chwilą ciemnością, wiatrem i zimnem jest czerwonym, ciepłym kocem, pod którym już siedzisz i już nie czujesz tej przejmującej i zimnej samotności, która była z tobą jeszcze przed chwilą. Więc jeśli tamten mężczyzna wie… na co czekasz? Co znaczą slowa bo oni, bo tamci, bo może? Sama powiedz, co znaczą w obliczu TWOJEGO życia. A teraz co chcesz sobie zaserwować… zapomniany zapach, dotyk, którego nie chciałaś pamiętać i słowa, których już nie spodziewasz się usłyszeć. Dreszcz na plecach, pocałunki jak żadne inne, gesty, które chyba jednak coś znaczą i on, taki sam, taki jak zapamiętałaś, taki jakiego potrzebujesz, dziś, codziennie…a może dla odmiany zaserwuj sobie słowa jesteś, jest mój spokój, moja równowaga, mogę jeść, mogę spać, mogę żyć, wreszcie…

Karolina, pamiętaj, życie jest cholernie proste…

0 Comments

Sąsiedzi i śmieci

Wystawię przed drzwi mieszkania worek zużytego żwirku z kociej kuwety. Na kilka dni, może na tydzień – na ten genialny pomysł, wpadłam dziś rano, gdy kolejny raz ujrzałam pod drzwiami sąsiadów stos kartonów po pizzy. Sterta leży tam od kilku dni i wciąż nie może trafić do śmietnika. Mieszkają tam przynajmniej cztery dorosłe osoby. Każda z nich po kilka razy dziennie mija kontener na śmieci. Klucz od drzwi wejściowych do klatki, służy również do otwierania wiaty śmietnikowej. W czym więc do cholery tkwi problem? A może to zwyczajne lenistwo? Jeśli tak, to cierpi na nie całkiem spora część naszego społeczeństwa.

Myślałam, że jeśli ktoś wystawia śmieci przed drzwi, to po to, aby o nich nie zapomnieć. Nie mam złudzeń, byłam w błędzie. Śmierdzą im w domu? Wierzę, ale to nie jest powód, żeby cała reszta sąsiadów musiała cierpieć i wdychać opary ich odpadków.

Takie rzeczy dzieją się nie tylko u mnie w bloku. W klatce u rodziców, również są ludzie, którzy notorycznie wystawiają (lub wystawiali) śmieci za drzwi. Mało tego, zdarzało się, że worek podrzucali pod cudze drzwi. To dopiero był szczyt chamstwa.

Obok mojej babci, mieszka pewna pani psycholog, która przez długi czas, namiętnie wystawiała za drzwi zużyte pampersy. Nie wiem, ile razy miałam ochotę zapukać do niej i rzucić jej tym pampersem w twarz. Uwierzcie, to było cholernie irytujące.

Albo taka sytuacja. Ktoś idzie ze śmieciami, nagle worek pęka, a jego zawartość ląduje na schodach. Myślicie, że po sobie posprząta? Ależ skąd. Każdy, kto będzie szedł klatką, będzie się na schodach potykał o obierki, papierki, pudełka bo jakiś burak uznał, że bałagan poza jego mieszkaniem to nie jest jego problem. W końcu od tego jest sprzątaczka. Mam ochotę mordować.

Oraz ta ludzka ślepota. Że niby idzie, ale nie widzi papierka, o który się właśnie potknął. No dobra, może jestem trochę nienormalna, ale mnie to razi. W miarę możliwości, schylam się, podnoszę i wyrzucam do śmietnika. To naprawdę nie wymaga wielkiego wysiłku, a o ile czyściej byłoby w naszym otoczeniu.

Dlaczego ludziom tak ciężko przychodzi zrozumienie, że klatka schodowa to część wspólna, o którą dbać powinien każdy, kto z niej korzysta? To, w jakim jest stanie, świadczy głównie o nas samych.

Pomysł z wystawieniem zużytego żwirku przed drzwi cholernie mnie kusi. Może to by ludzi czegoś nauczyło?

2 Comments

Palenie papierosów na klatce

Nigdy nie paliłam papierosów, ale w moim rodzinnym domu się paliło. Teoretycznie, powinnam przywyknąć. Praktycznie, dym papierosowy drażni do dziś. Pali mama, mój młodszy brat oraz większość znajomych. Palił też mój były mąż. I o ile samo palenie, nie przeszkadza mi aż tak, o tyle do szału doprowadza mnie palenie papierosów na klatkach schodowych.

Mężowi nie pozwalałam palić w domu, więc wychodził na zewnątrz. No ale. Na zewnątrz nie oznacza wnętrza budynku ani klatki schodowej. Jak się okazuje, dla każdego „palenie na zewnątrz” oznacza coś innego.

Aktualnie mieszkam na czwartym piętrze wielorodzinnego budynku. Na moim piętrze stoi ogromny fotel, a także szafka z popielniczką, wiecznie kipiącą petami. Uwierzcie mi – popielniczka to i tak duży postęp, poprzednio stał na jej miejscu najeżony petami słoik z wodą. Ten śmierdzący pojemnik, za każdym razem wywołuje u mnie odruch wymiotny oraz złość.

Rozumiem, że ludzie palący, nie chcą narażać małych dzieci na wdychanie dymu papierosowego, ale dlaczego zmuszają innych, by go wdychali? Gdybym, tak jak oni, miała do dyspozycji duże balkony, to do głowy by mi nie przyszło, żeby palić na klatce schodowej. Albo palę w mieszkaniu i rodzina się na to godzi, albo palę na balkonie, żeby dym nikomu z sąsiadów nie przeszkadzał.

Niestety, pani Ewa potrafi w ciągu godziny wypalić pięć papierosów. Rytuały zaczyna zwykle o 7:00, budząc przy tym prawdopodobnie pół budynku, gdyż pierwszy „mach” powoduje u niej paskudny kaszel, który nie chce się skończyć. Pani Ewa potrafi na klatce siedzieć godzinami, w szlafroku z kawą i telefonem przy uchu. Wypala przy tym chyba pół paczki papierosów, a jej dudniący, niski głos (na bank od papierosów), odbija się echem w mojej głowie. Jest to dość irytujące.

Pomijam już fakt, że w drzwiach wejściowych mam szparę, przez którą ten dym dociera do mieszkania i budzi każdego ranka, albo przyprawia o zawrót głowy wieczorami. Ubrania, które mieszkają w szafie znajdującej się w przedpokoju, śmierdzą mi papierosami, choć u mnie się nie pali.

Prawo nie zabrania palenia papierosów na klatce schodowej. Dodatkowe przepisy może ustalić spółdzielnia lub wspólnota mieszkaniowa, ale podejrzewam, że i tak ciężko byłoby nad ludźmi zapanować, a przecież nie będę codziennie dzwoniła z informacją, że mimo zakazu znowu palą.

Najgorsze są te „kwiatki” w postaci kipiącej popielniczki bądź słoika. Tego chyba nie lubię najbardziej i za to bym ludzi mordowała.

I tu ciekawa historia. Jakiś czas temu, paląca sąsiadka zaczepiła mnie i z wyrzutem zapytała czy stojący obok Jej fotela kwiat, należy do mnie. Zgodnie z prawdą, odpowiedziałam, że nie, ale ładnie tu wygląda. Sąsiadka westchnęła głęboko i poirytowana dodała: co wychodzę na klatkę, to coś innego tu stoi. Miałam dobry dzień i nie chciałam być złośliwa, ale decydowanie wolę na piętrze zielone kwiaty niż jedną, śmierdzącą popielniczkę.

Update:

Znalazłam w internecie ustawę, z której wynika, że zakaz obowiązuje między innymi w „innych pomieszczeniach dostępnych do użytku publicznego”. Np. urzędy. Nie dotyczy palarni. Klatka schodowa jest miejscem dostępnym do użytku publicznego (chyba?), więc teoretycznie zakaz palenia obowiązuje również tutaj. Chyba, że się mylę?

4 Comments

Nonszalancko o aborcji

Nie mam telewizora. Nie słucham radia. Nie czytam w internecie o tym, co dzieje się na świecie. Głównie dlatego, że zwyczajnie nie chcę się dołować bo zewsząd tylko morderstwa, gwałty, korupcja i generalnie ZŁO. Jeśli jakaś sprawa zaczyna być głównym tematem rozmów, próbuję się zorientować o co chodzi, żeby mieć własne zdanie, gdy ktoś o to zapyta.

W związku z powyższym, rzadko komentuję to, o czym przeczytałam bo zwyczajnie mi się nie chce. Dzisiaj jednak przeczytałam komentarz Katarzyny Kolendy-Zaleskiej na temat „nonszalancji Marii Czubaszek” i trochę jestem zdziwiona. Pani KZK ubolewa nad tym, iż Maria Czubaszek publicznie przyznała się do dwukrotnej aborcji. Niby nie ocenia niczyich wyborów, a samą komentowaną lubi, ale jednak coś ją w temacie uwiera i postanowiła się tym podzielić. Pani Zaleskiej nie podoba się, że Maria Czubaszek tak nonszalancko się o aborcji wypowiada.

Dlaczego ludziom tak ciężko zrozumieć, że do tematu aborcji można podejść właśnie w taki sposób? Dlaczego wszyscy wokół, nawet jeśli uważają, iż kobieta powinna mieć prawo wyboru (czyli z tego co mówią, są ZA aborcją), krytykują osoby, które o aborcji mówią z takim luzem?

Okazuje się, że w naszym pięknym kraju, jeśli nie zlinczują człowieka za czyn, którego się dopuścił to zrobią to, za samo to, że mówi o nim z nieodpowiednim dystansem. Gdyby Maria Czubaszek powiedziała o dokonanej aborcji, ze łzami w oczach, posypując głowę popiołem to prawdopodobnie, nikt by tego nie komentował i temat jakby nie istniał. Ale Ona tego najwyraźniej nie żałuje i w Jej głosie nie słychać było żalu, więc mimo, iż kwestia jest bardzo delikatna, należy ją rozdmuchać oraz zrobić wokół niej jeszcze więcej szumu.

Ja się pytam, kto robi więcej krzywdy? Maria Czubaszek, która się jednorazowo w sposób nonszalancki o tym wypowiedziała? Czy może reporterzy, którzy rozdmuchują temat, przytaczając słowa pani Marii po dwieście razy i robiąc z tego aferę, która nikomu do niczego nie jest potrzebna?

0 Comments