Nigdy nie paliłam papierosów, ale w moim rodzinnym domu się paliło. Teoretycznie, powinnam przywyknąć. Praktycznie, dym papierosowy drażni do dziś. Pali mama, mój młodszy brat oraz większość znajomych. Palił też mój były mąż. I o ile samo palenie, nie przeszkadza mi aż tak, o tyle do szału doprowadza mnie palenie papierosów na klatkach schodowych.
Mężowi nie pozwalałam palić w domu, więc wychodził na zewnątrz. No ale. Na zewnątrz nie oznacza wnętrza budynku ani klatki schodowej. Jak się okazuje, dla każdego „palenie na zewnątrz” oznacza coś innego.
Aktualnie mieszkam na czwartym piętrze wielorodzinnego budynku. Na moim piętrze stoi ogromny fotel, a także szafka z popielniczką, wiecznie kipiącą petami. Uwierzcie mi – popielniczka to i tak duży postęp, poprzednio stał na jej miejscu najeżony petami słoik z wodą. Ten śmierdzący pojemnik, za każdym razem wywołuje u mnie odruch wymiotny oraz złość.
Rozumiem, że ludzie palący, nie chcą narażać małych dzieci na wdychanie dymu papierosowego, ale dlaczego zmuszają innych, by go wdychali? Gdybym, tak jak oni, miała do dyspozycji duże balkony, to do głowy by mi nie przyszło, żeby palić na klatce schodowej. Albo palę w mieszkaniu i rodzina się na to godzi, albo palę na balkonie, żeby dym nikomu z sąsiadów nie przeszkadzał.
Niestety, pani Ewa potrafi w ciągu godziny wypalić pięć papierosów. Rytuały zaczyna zwykle o 7:00, budząc przy tym prawdopodobnie pół budynku, gdyż pierwszy „mach” powoduje u niej paskudny kaszel, który nie chce się skończyć. Pani Ewa potrafi na klatce siedzieć godzinami, w szlafroku z kawą i telefonem przy uchu. Wypala przy tym chyba pół paczki papierosów, a jej dudniący, niski głos (na bank od papierosów), odbija się echem w mojej głowie. Jest to dość irytujące.
Pomijam już fakt, że w drzwiach wejściowych mam szparę, przez którą ten dym dociera do mieszkania i budzi każdego ranka, albo przyprawia o zawrót głowy wieczorami. Ubrania, które mieszkają w szafie znajdującej się w przedpokoju, śmierdzą mi papierosami, choć u mnie się nie pali.
Prawo nie zabrania palenia papierosów na klatce schodowej. Dodatkowe przepisy może ustalić spółdzielnia lub wspólnota mieszkaniowa, ale podejrzewam, że i tak ciężko byłoby nad ludźmi zapanować, a przecież nie będę codziennie dzwoniła z informacją, że mimo zakazu znowu palą.
Najgorsze są te „kwiatki” w postaci kipiącej popielniczki bądź słoika. Tego chyba nie lubię najbardziej i za to bym ludzi mordowała.
I tu ciekawa historia. Jakiś czas temu, paląca sąsiadka zaczepiła mnie i z wyrzutem zapytała czy stojący obok Jej fotela kwiat, należy do mnie. Zgodnie z prawdą, odpowiedziałam, że nie, ale ładnie tu wygląda. Sąsiadka westchnęła głęboko i poirytowana dodała: co wychodzę na klatkę, to coś innego tu stoi. Miałam dobry dzień i nie chciałam być złośliwa, ale decydowanie wolę na piętrze zielone kwiaty niż jedną, śmierdzącą popielniczkę.
Update:
Znalazłam w internecie ustawę, z której wynika, że zakaz obowiązuje między innymi w „innych pomieszczeniach dostępnych do użytku publicznego”. Np. urzędy. Nie dotyczy palarni. Klatka schodowa jest miejscem dostępnym do użytku publicznego (chyba?), więc teoretycznie zakaz palenia obowiązuje również tutaj. Chyba, że się mylę?