Bourjois
Dawno nie było o kosmetykach i trzeba to nadrobić - szczególnie, że poczyniłam zakupy i poznaję zupełnie dla mnie nową markę. Znam ją ze słyszenia, ale nigdy nie używałam ich kosmetyków, więc zdecydowałam się dzisiaj na tusz do rzęs oraz błyszczyk.
Mascara Volume Clubbing - wzrok przyciągnęło opakowanie. Nienaturalnie grube, efektownie wytuszowanym okiem zerkało w moją stronę, więc po nie sięgnęłam. Mascara pogrubiająca, która idealnie rozczesuje rzęsy? Akurat. Nie wierzyłam w ani jedno słowo, ale zachęcona winylem, który gwarantuje trwałość zdecydowałam się na zakup. Trwała jest rzeczywiście - nawet mój płyn do demakijażu oczu sobie z nim nie mógł poradzić. Myłam w między czasie twarz wodą z mydłem, pocierałam dłonią oczy jak to zwykle i… nie pokruszył się, ani nie posypał. Pogrubia rzęsy, aż miło. Nadaje oczom dramatycznego wyrazu, więc nadaje się wyłącznie na specjalne okazje. Chyba, że ktoś lubi taki dramatyczny “look” - ja w normalnych warunkach wolę jednak mniej rzucające się w oczy rzęsy. Z pewnością nie będę go używała codziennie, ale jestem zadowolona z pierwszego zakupu bo nie drażni wrażliwych oczu, jest odporny na wysokie temperatury i podobno jest przebadany okulistycznie. Miło.
Gloss Menthol - lubię błyszczyki, szczególnie jeśli są bezbarwne. Można je wówczas stosować zarówno na suche usta, jak i na pomadkę. Ten na stałe zamieszka w mojej kosmetyczce. Błyszczyk jest z mentholem, więc fajnie pachnie i fantastycznie chłodzi usta. Nadaje im świeżości, która bardzo mi się spodobała. Do tego bardzo długo trzyma się na ustach, nie klei się i super się błyszczy. Upalne dni co prawda się skończyły, ale przyjemne uczucie chłodzenia przyda się również jesienią czy zimą.
Tyle o pierwszych “burżujskich” zakupach.
Nowy design Nivea
Weszłam dzisiaj do drogerii, żeby zaopatrzyć się w kosmetyki, które już mi się skończyły bądź lada moment skończą. Nie mogłam znaleźć półki z kosmetykami Nivea, stojąc tuż przed nią. Nivea zmieniła design opakowań i wprowadziła nową linię Nivea Oxygene - oczywiście wypada przetestować, ale po kolei.
Mój ulubiony peeling nareszcie dostał lepsze opakowanie. Tubka, w której dotychczas był sprzedawany doprowadzała mnie do szału. Szczególnie, gdy musiałam ją odkręcić mokrą ręką. Również żel oczyszczający otrzymał nowe opakowanie, choć poprzednia tubka miała bardzo wygodny dozownik. Oba produkty w dalszym ciągu pozostają moimi ulubionymi, a za nowe rozwiązania mają u mnie dodatkowego plusa - w końcu mogę je stawiać na wannie do góry nogami bez obawy, że się przewrócą.
Dotychczasowy krem matujący zamieniłam na krem dotleniający z nowej linii Oxygene - w ramach testu oczywiście. Przyjemny zapach, lekka konsystencja i rewelacyjny pojemnik, z którego nie trzeba wydobywać kremu palcami - pojemnik z pompką to dla mnie absolutny hit. O tym jak sprawdza się w codziennej pielęgnacji napiszę przy okazji, gdy już go przetestuję.
Clinique 3 Steps
Swego czasu, używałam rewelacyjnego kremu - żelu do twarzy. Miał super konsystencję, był bezzapachowy i nadawał się do używania na makijaż, dzięki czemu można było swobodnie odświeżyć i nawilżyć twarz, gdy tego potrzebowała. W związku z tym, postanowiłam zaopatrzyć się w nowe opakowanie.
Niestety w sklepie, lekko mnie ekspedientka skołowała i w sumie zamiast żelu wzięłam żółtą emulsję do twarzy w zestawie Clinique Trzy Kroki.
Krok 1 - żel do mycia twarzy (względnie mydło)
Pierwsze wrażenie - fajnie się pieni. Niestety po umyciu nim twarzy, moja strefa T błyszczała jak wypolerowana, tym razem nie od nadmiaru sebum. Jest to chyba efekt ekstra oczyszczania skóry. Średnio przyjemny, przez nieznośny zapach, którego po prostu nie mogę znieść bo kojarzy mi się z jakimś starym środkiem chemicznym (nazwy nie pamiętam).
Krok 2 - płyn oczyszczający
Nie jest to tonik, a właśnie płyn oczyszczający i to na bazie alkoholu. Po przemyciu nim twarzy, śmierdzę tak, jakbym dopiero co wypiła spirytus - po prostu wstyd wyjść do ludzi, tuż po przemyciu twarzy bo alkohol czuć na kilometr. Na twarzy odczuwalny efekt “chłodzenia”, ale jest to bardzo nietrafiony sposób na suche miejsca mojej twarzy, które się po nim strasznie łuszczą. Strefa T może błyszczy się mniej, ale też nie widać po niej jakiegoś super efektu.
Krok 3 - żółta emulsja
Jest bardzo delikatna i pozbawiona zapachu, co po poprzednich krokach jest zdecydowanie wielkim plusem. Przeznaczona również do nakładania pod oczy, ze względu na skład - testowana dermatologicznie, co mnie zaskoczyło - emulsja może być z powodzeniem stosowana u małych dzieci. Świetnie się wchłania i nie jest tłusta. Irytujące opakowanie - sztywny flakonik bez pompki, więc trzeba mocno potrząsać nim, żeby cokolwiek wypłynęło.
Jako całość, seria jest kompletnie nieudana (przynajmniej w moim przypadku się nie sprawdziła) - kupiłam ją pierwszy i ostatni raz. Do emulsji być może kiedyś wrócę bo tak naprawdę jest niezła, ale zdecydowanie wolę wersję żelową.