Częstotliwość pisania na blogu, nijak się ma do moich obietnic, które składałam sobie na początku roku. Niestety, jak w piosence czas pędzi nieubłaganie i nic nie mogę na to poradzić, a często zdarzają się dni, kiedy chciałabym, by doba trwała dłużej.
Jak pisałam w poprzedniej notce, pogodziłam się z jagodowym kolorem ścian w pokoju i wściekłą zielenią (to chyba limonka) w łazience. Z przyjemnością kupuję kolejne przedmioty, które nawiązują do obu barw i próbuję na całej powierzchni mieszkania wprowadzić jakąś spójność.
W dalszym ciągu nie dorobiłam się hokerów barowych, choć już je upatrzyłam. Nadal nie mam stołu, przy którym mogłabym zjeść normalne śniadanie. Choć muszę przyznać, że siedzenie na podłodze w czasie wspólnego posiłku, podczas którego za stół robi nam średniowieczny stolik od telewizora, ma swój klimat. Jest to na swój sposób magiczne i niepowtarzalne doznanie ;-)
Koty również zaakceptowały nową miejscówkę i wygląda na to, że znowu zapanowała wśród nich sielankowa atmosfera. Powoli oswajam się z myślą o tym, że Drakula już nigdy nie zostanie ojcem i chociaż była to bardzo trudna decyzja, okraszona łzami i wewnętrzną wojną – wiem, że dobrze zrobiłam. Co będzie dalej, czas pokaże…
