Jest szczęśliwie

Od ostatniego postu minęły prawie dwa miesiące. Miesiące w czasie których zmieniło się bardzo wiele. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że ta historia będzie miała taki finał, pokręciłabym głową z politowaniem. Kiedy jednak z perspektywy czasu, analizuję pewne sytuacje, wygląda na to, że wszystkie znaki na niebie i ziemi zwiastowały właśnie to.

Kiedy się do mnie wprowadził, był na życiowym zakręcie i zupełnie Go nie znałam. Wierzyłam w Niego jednak bardziej niż ktokolwiek, nazywałam fighterem i chodziłam na wszystkie Jego mecze, nawet jeśli Jego drużyna przegrywała 10:1. Wieczorami rozmawiałam z Nim o życiu, obserwowałam, pytałam i wyciągałam wnioski. Każdego dnia wiedziałam o Nim więcej…

Żyliśmy w jednym pokoju, spaliśmy na dwóch łóżkach i trzymaliśmy dystans. Oglądaliśmy filmy, śmialiśmy się z tych samych dowcipów i konsekwentnie unikaliśmy trudnych tematów. Słuchaliśmy tych samych utworów, a kiedy budziliśmy się w środku nocy, mieliśmy dokładnie taki sam rytuał – toaleta i jogurt.

Nagle zaczęło iskrzyć.

Gdy On, niespodziewanie nawiązał do pewnego incydentu z samego początku naszej znajomości, poczułam się niezręcznie. Byłam zaskoczona, że o tym pamięta, ale czułam, że to jest furtka, której potrzebowałam i pretekst do rozmowy, której nie umiałam podjąć.

Pocałowałam Go, powiedziałam, że przez cały wieczór o tym myślałam i szybko się wycofałam. Odwzajemnił to, nie pozostawiając wątpliwości – On też tego chciał. Tej nocy zasnęliśmy w jednym łóżku. Już nie wrócił do tego drugiego.

Pamiętam jak dzisiaj, naszą rozmowę o tym, że jest zimny. Oraz jak poruszyłam temat DDA i jak zaświeciły Mu się wtedy oczy, bo nikt wcześniej Go o to nie zapytał, a ja nie tylko chciałam wiedzieć więcej, ale rozumiałam i próbowałam pomóc. Pokazałam Mu, jak to jest przytulać kogoś, gdy się ma na to ochotę, tak zupełnie bez powodu. Nauczyłam Go prosić o pomoc i mówić o problemach wprost. Akceptuję Go i doceniam oraz jestem z Nim absolutnie szczera. Jestem pod wrażeniem tego, jak bardzo człowiek może się otworzyć i zmienić, jeśli Mu się tylko zapewni odpowiednie warunki.

Jest tak spokojnie i szczęśliwie, że aż boję się o tym myśleć, żeby przypadkiem coś się nie spieprzyło. I wcale nie żałuję, że zrezygnowałam z wyjazdu do Barcelony, który zaplanowałam sobie na początku roku. Wierzę, że jeszcze będzie ku temu okazja. Kto wie, może razem zobaczymy na własne oczy stadion Camp Nou :-)

Leave a Reply