Piątkowy wypadek

Piątek, godzina 20:00. Po wyjściu gości, postanawiam wybrać się do sklepu po coś na śniadanie. Zakładam buty, kurtkę, przez moment waham się czy brać telefon, ale ostatecznie zabieram tylko portfel i klucze. Myśl, która przez moment przemknęła mi przez głowę, gdy wychodziłam z domu, była tak głupia, że nigdy nie powinna się pojawić – „nie biorę telefonu bo jeszcze się przewrócę”. Gdybym tylko wiedziała, że chwilę później się ziści, pomyślałabym o czymś wyjątkowo przyjemnym z nadzieją, że może się wydarzy. Ale nic z tych rzeczy.

Dziesięć sekund po tym, jak zamknęłam drzwi od mieszkania, koncertowo spierdoliłam się ze schodów (o tym, żę potrafię się KONCERTOWO WYPIERDOLIĆ (bo wywrócić, czy upaść to nie jest adekwatne słowo) wiadomo nie od dziś, chociażby z tego wpisu). Zeszłam z dwóch schodów, a z całej reszty po prostu zleciałam. I kompletnie nie wiem jak to się stało. Tylko cudem uniknęłam uderzenia głową oraz plecami. Niestety nie można tego powiedzieć o moim tyłku. Uderzenie było tak silne, że przez moment nie mogłam złapać oddechu. Ból był tak przeszywający, że nie wiem, jak doszłam i wróciłam ze sklepu. Pamiętam tylko, że szłam jak w transie i cała się trzęsłam. Nie wiem, skąd wzięłam siłę, żeby dotrzeć do jednego z ulubionych miejsc, ale nie chciałam być sama i musiałam znaleźć się wśród ludzi.

Wstawanie z łóżka oraz siadanie, jeszcze nigdy nie było tak trudną czynnością. Leżenie sprawia mi ból, a jedyna wygodna pozycja, jaką mogę przyjąć w łóżku, to ta, kiedy leżę na prawym boku. A ja przecież śpię na brzuchu. Przewrcając się w nocy, lub szukając odpowiednio komfortowej pozycji, wyłam do księżyca.

Głowę myłam w bardzo dziwnej pozycji. Stojąc jedną nogą przed, a z drugą na wannie. Głowę miałam na wysokości podniesionego kolana i była to najwygodniejsza pozycja, jaką udało mi się przyjąć od chwili upadku. Kąpiel też przyniosła ulgę. Miałam ochotę zostać w wannie na całą noc, ale obawiałam się utonięcia, więc wyszłam. Nie jestem w stanie wsiąść sama do samochodu, ani z niego wysiąść. Na każdym wyboistym elemencie i nierówności drogi, cierpię i wydaję z siebie jęki. Wchodzenie po schodach powoduje, że się krzywię i chwytam za tylną część ciała. Nie mogę kaszleć, ani się śmiać. Nie mogę nawet lekko napiąć mięśni, a zwykłam chodzić zaciskając mięśnie pośladków przy robieniu kolejnych kroków.

Jest tak źle, że szefowa odwiozła mnie wczoraj wcześniej do domu, zahaczając po drodze o aptekę. Uzbroiła mnie w specjalną maść i zabroniła mi przychodzić dzisiaj do pracy. Kilka dni temu śmiałam się, że w negliżu wyglądam jak śliwka – bo taka jestem posiniaczona, więc teraz jestem posiniaczona jeszcze bardziej, gdyż cała tylna część mojego ciała, między pasem, a udami, jest sinoniebieska.

Kurczowo trzymam się barierki za każdym razem, gdy pokonuję schody. Moje życie już nigdy nie będzie wyglądało tak samo.

Leave a Reply