poWielkanocne refleksje

Wielkanoc lubię z dwóch powodów – jest wiosennie, a na stole znajdują się dużo lżejsze potrawy niż na Boże Narodzenie. Niedzielę zwykle spędzamy u babci, a w poniedziałek u mamy jemy gorącą karkówkę. W tym roku święta bez pośpiechu, bez szaleństwa, spokojne i uśmiechnięte. Po świętowaniu u babci, poszłam do mamy i zdecydowałam, że zostaję na noc. Było cudnie. Szczególnie, gdy na półtorej godziny ukradli prąd. Siedziałyśmy w półmroku i słyszałyśmy wszystkie dźwięki, których normalnie nie jesteśmy w stanie usłyszeć.

W środku jednak, czułam pewien smutek i taki dziwny rodzaj samotności, który dopada człowieka w największym tłumie, na najgłośniejszym koncercie i na najlepszej imprezie. Niekoniecznie wtedy, gdy podpiera ściany lub sączy drinka w kącie. To ten rodzaj samotności, którego nie jesteś w stanie zlokalizować. Pustka, którą chciałoby się wypełnić, ale nie do końca wiadomo jak i czym.

Są ludzie, którzy kochają mnie tak bardzo, że jest mi zwyczajnie wstyd, iż nie potrafię tego odwzajemnić i za każdym razem, gdy przypominają mi o tych swoich uczuciach, pytam się: dlaczego?! za co?! Oni są dla mnie ważni, ale chyba nie do końca tak, jakby chcieli. Biegnę do nich wtedy, gdy wszystko inne mi się wali i potrzebuję oparcia. Źle mi z tym, bo mam wrażenie, że perfidnie ich wykorzystuję, ale Oni twierdzą, że właśnie po to są.

Zatrzasnęłam się na uczucia i nawet jeśli pozwalam komuś do siebie podejść i czuję się szczęśliwa, chwilę później wystawiam kolce i trzymam na dystans. Robię wszystko, żeby za nikim nie tęsknić, o nikim nie myśleć i nie pozwolić na to, by ktokolwiek znowu zawładnął moim sercem, nawet na moment.

Leave a Reply