Szczeciński wtorek

Wtorek zaplanowany miałam od dawna. Załatwiłam wolny dzień, zapisałam się do kosmetyczki, a w południe miałam w końcu spotkać się z Wojtkiem w Szczecinie. Przez wiele miesięcy nie było nam po drodze.

Udało się, chociaż nie bez przeszkód. Najpierw okazało się, że pociąg, którym miałam jechać wyleciał z rozkładu, a później zabrakło miejsc w busie. Udało się mnie upchnąć w Jomsborgu. Ciasno było i niewygodnie, ale kierowca jeździł wyjątkowo profesjonalnie, bo mnie nawet choroba lokomocyjna nie dopadła.

Wojtek zafundował mi zwiedzanie miasta, nie skąpiąc przy tym opowieści związanych z jego historią. Była kawa oraz lody z gorącymi malinami w Restauracji Na Kuncu Korytarza oraz absolutnie uroczy epizod przy Teatrze Krypta, gdzie totalnie sparaliżowała mnie moja, doskonale wszystkim znana, nieśmiałość. Pokonała mnie i już. Rozmowę o traumie związanej z wodolotem, też pewnie zapamiętam na długo. Jak całe spotkanie ;)

Po spotkaniu była Galeria Kaskada, w której postanowiłam się zgubić oraz wmieszać w tłum. Udało mi się to przynajmniej kilka razy. Doskonale potrafię namierzyć swoje ulubione sklepy (w Camaieu znalazłam to, czego szukałam od wielu miesięcy!), ale jestem z siebie dumna, gdyż nie kupiłam ani jednej sztuki biżuterii, choć miałam wielką ochotę.

Udało mi się również wypić kawę z Darkiem, po czym zostałam porwana i zaciągnięta do klubu bilardowego. Miło było znowu zobaczyć twarze, których tak dawno nie widziałam oraz poznać te, które dotychczas znało się jedynie z literek na ekranie monitora.

W związku z niespodziewanym spotkaniem, postanowiłam wrócić do domu busem, który niestety mi uciekł. Nie udało nam się go dogonić w Dąbiu. Trafiłam jednak na osobę o wielkim sercu i zostałam odstawiona pod samą przeprawę promową. Z tego miejsca pragnę gorąco podziękować mojemu ulubionemu Jackowi (od dziś jest moim jeszcze bardziej ulubionym bohaterem) za to, że poświęcił mi swój czas oraz przeprosić za to, że pokrzyżowałam Mu wtorkowe plany.

Wszystkim, którzy pojawili się dzisiaj w moim życiu, dziękuję za każdy powód do uśmiechu, a było ich naprawdę sporo :-)

0 Comments

Parapetówka

Zostałam zaproszona na parapetówę. Miałam w sumie średnią ochotę iść, ale ostatecznie zdecydowałam, że pójdę i nie żałuję. Zajęłam miejsce przy półwyspie kuchennym bo turkusowe hokery, obite miękkim materiałem, urzekły mnie od pierwszego wejrzenia. Nawet nie dotarłam do tego suto zastawionego stołu. Miałyśmy pod ręką wino, orzechowy tort, owocowo – śmietanowe ciasto. Czy potrzeba nam było czegoś więcej? ;-)

Jak to na każdej imprezie, było kilka hitów oraz zabawnych sytuacji

Najpierw było, że ładnie się maluję. Padły nawet podejrzenia, że malowała mnie gospodyni imprezy. To było całkiem zabawne, biorąc pod uwagę fakt, że umalowane miałam jedynie usta. Zostałam „wymacana” po twarzy przez kilka kobiet, które nawet pociągnęły mnie za rzęsy, myśląc, że są doklejane. Mam tak naturalnie, a mimo to, wyglądam sztucznie, czy o co chodzi?

Później usłyszałam, że fajnie się ubieram. Kwestia ubioru w tej sytuacji, absolutnie nie podlega dyskusji, gdyż uwielbiam sukienkę, którą miałam na sobie, dobrze się w niej czuję i mogłabym ją nosić codziennie.

Oraz zachwycał się mną Pan w wieku 50+, powtarzając raz po raz, że coś w sobie mam. Generalnie wniosek był taki, że jestem fajnie orientalna, cokolwiek to znaczy.

Zostałam zmuszona niemal siłą, do zjedzenia krewetki. Instrukcja jedzenia krewetki brzmiała mniej więcej tak: złap za ogonek i weź to do buzi – nie byłam pewna, czy rzeczywiście o krewetce mowa. Spróbowałam. Udało się. Po czym zjadłam ich jeszcze osiem, układając na talerzu kompozycję z ogonków. Jestem z siebie dumna. Spróbowałam również sushi (nadal unikam surimi) i wciąż żyję. Był też absolutnie pyszny barszcz, który mogłabym pić wiadrami oraz wino, którego butelka była tak ładna, że spokojnie może służyć za wazon.

A później była Zumba, która sprawiła, że wszyscy zaczęli tańczyć i próbowali nadążyć za człowiekiem, który prezentował na ekranie telewizora wybrany wcześniej taniec. Tak, zdecydowanie fajnie się na to patrzy, a cała zabawa fajnie rozluźnia atmosferę. Odważnych podziwiam za to, że dali się wciągnąć, ja bym się poddała na starcie.

Rację miał ten, kto powiedział, że powinnam na imprezę iść bo wyjdę z niej z nową energią.

0 Comments

I rocznica śmierci

Dziś mija rok, a ja wciąż nie mogę uwierzyć, że 14 kwietnia 2011 wydarzył się naprawdę. Wciąż patrzę w okno Jego pokoju z nadzieją na to, że Go tam zobaczę. Wciąż zaczepiam na ulicy obcych ludzi, bo mam wrażenie, że to On. I wciąż tak samo mi dziwnie, gdy sobie uświadamiam, że Go nie ma i nigdy już nie będzie.

Są rany, których nie jest w stanie wyleczyć nawet czas. Są ludzie, o których zawsze będziemy pamiętali i których odejście, zawsze będzie nam się wydawało totalną abstrakcją. I ten moment, kiedy stojąc nad grobem masz żal, że leży gdzieś tam, kilka metrów pod ziemią, zamiast być tutaj z Tobą, jaki by nie był.

Tęskno mi, Dziadku ♥

0 Comments

Leśne ludki

Rzadko piszę o pracy, gdyż w zasadzie ciągle to samo. Turyści polsko – niemieccy, duże imprezy dla zorganizowanych grup, ręcznie robiona biżuteria, a w sezonie dodatkowo koncerty oraz wernisaże. Bywają dni, kiedy chce mi się płakać. Kiedy szczekam na ludzi i generalnie mam ochotę się schować w najciemniejszym kącie fortu. Bywają dni, kiedy jest ruch i chce mi się pracować, a czas płynie wyjątkowo szybko.

Mam wrażenie, że ten rok przyniesie spore zmiany. Są poważne plany, pewne rzeczy już się dzieją. Jedni podchodzą do wszystkiego z ogromnym entuzjazmem, a inni mają pewne wątpliwości związane z tym, co nowe.

Dzisiejszy dzień był zabawny, chociaż w zasadzie bardzo podobny do pozostałych. Środek dnia, w zasadzie znikomy ruch, a robić coś trzeba. Już powoli nudziła mi się zabawa w podkradanie drewna do kominka, więc zdecydowałyśmy z Beatą, że idziemy do lasu. Uzbrojone w robocze rękawiczki, metalowy wózek na gumowych kołach oraz dwie piłki – ruszyłyśmy w poszukiwaniu suchego drzewa.

Wyglądać musiałyśmy komicznie, takie leśne ludki, które zbierają drzewo na opał. W lesie dyskusje o szczepieniu przeciwko boreliozie (bo na pewno pełno na nas kleszczy) oraz o robalach, które wyłażą spod mokrego drewna (fu, nie lubię). Trzask łamanych gałęzi, piłowanie grubych konarów i generalnie frajda na całego.

Wracając z tym wózkiem pełnym drewna, targając długaśne badyle pod pachami, byłyśmy spocone i zmęczone, ale miałyśmy dość siły, by śmiać się z tej sytuacji na całego. Ktoś powinien nas sfotografować w akcji, a później dołączyć napis w stylu: polska rzeczywistość – czyli jak kończą ludzie po studiach (na zdjęciu informatyk i dziennikarz).

Czasem sobie myślę, że powinnam pracować z daleka od ludzi, albo w bardzo hermetycznym gronie. Najlepiej fizycznie – bo praca fizyczna sprawia, że mój organizm produkuje masowe ilości endorfin i autentycznie czuję się wtedy szczęśliwsza. W lesie wszystko wygląda inaczej i nawet najbardziej obrzydliwe robaki, nie są mi straszne.

0 Comments

Ryzyko absolutne

Jestem pewna, że prędzej czy później skończę poćwiartowana w czarnym worku, który ktoś porzuci na skraju lasu. Ile razy obiecywałam sobie, że już nigdy więcej się nie umówię z nikim obcym? A ile razy dotrzymałam słowa? Przemilczę to…

Jestem uszkodzona. Nie odczuwam strachu, gdy wsiadam do samochodu z zupełnie obcym człowiekiem. Spacerując nocą po mieście z kimś, kogo znam jedynie z paru zdań wymienionych za pomocą e-maila, nie mam obaw. Naiwnie wierzę, że nie spotka mnie nic złego. I zazwyczaj mam rację, ale przecież nie zawsze tak musi być.

Kiedy zaczyna mi brakować emocji, nagle na horyzoncie pojawia się kusząca wizja spotkania. Umawiam się szybko i konkretnie. Podaję miejsce, wybieram godzinę, a później pukam się w głowę i zastanawiam, po cholerę mi to było?

Ludzie mi się nudzą. Oraz ludzie mnie nudzą. Spławiam każdego, kto nie przypadnie mi do gustu. Nie daję nadziei, bezwzględnie pozbawiam złudzeń i uprzedzam, że nie oczekuję zaangażowania. Po prostu chcę miło spędzić czas. Właśnie w tej, konkretnej chwili. Nawet jeśli dzisiaj obdarzyłam Cię swoim najpiękniejszym uśmiechem, nie znaczy to, że jutro będę chciała Cię znać. O nie.

Najczęściej pierwsze spotkanie jest również ostatnim. Bardzo szybko potrafię ocenić, czy istnieje choćby cień szansy na stworzenie normalnej, koleżeńskiej relacji. Zwykle nie istnieje. Szkoda mi czasu na byle jakie znajomości. Wysoko stawiam poprzeczkę, używam alternatywnego numeru telefonu, na wypadek, gdyby jakiś delikwent postanowił „umilić” mi życie. Ryzykuję, wiem, ale kto nie ryzykuje ten nie ma. Wspomnień, przygód, emocji.

Jednocześnie męczy mnie tymczasowość. Twarze, które pojawiają się w moim życiu na chwilę, znikają, a w ich miejsce pojawiają się nowe.

Chciałabym, żeby pojawił się ktoś, przed kim nie będę chciała się schować. Nie będę chciała zniknąć. I żeby On też nie chciał znikać. Chciałabym, żeby w drodze na spacer nie zabraniał mi karmić kaczek, żeby nie patrzył z ukosa, gdy będę głaskała obcego psa, albo kiedy zacznę zbierać suche liście, by stworzyć z nich kolorowy bukiet. Żeby się nie krzywił, gdy pędem pobiegnę w stronę huśtawki… i żeby udzielał Mu się ten mój dziecięcy zachwyt nad drobiazgami i ten optymizm.

I może właśnie dlatego, że chciałabym to ryzykuję. Szukam, przebieram, wybrzydzam, gdyż doskonale wiem, czego oczekuję?

1 Comment