Historia moich ostatnich wojaży, jest tak pokręcona i skomplikowana, że nie jestem pewna czy zmieści się w jednej notce, a jeśli nawet, to wątpię, by ktokolwiek dotrwał do końca, ale nic to. Zapiszę sobie, ku potomności, ku przestrodze. Żebym się kurwa w końcu nauczyła, że pewnym ludziom ufać nie należy.
Jakoś w styczniu dowiedziałam się, że w Łodzi odbędzie się Seminarium FPL. Wysłałam zgłoszenie i zarezerwowałam nocleg, żeby mieć już wszystko dopięte na ostatni guzik. Po drodze, po długich rozmowach z pewnym Panem, wyszło, że spotkamy się w Łodzi. Podobno zapisał się na seminarium, miał też zarezerwować nocleg tam, gdzie ja. Całkiem fajnie – pomyślałam – nie będę sama w tym nieprzyjaznym, wielkim mieście.
Jakiś czas później, zgłosiła się dziewczyna, która postanowiła przygarnąć Chevroleta. Miała po Niego przyjechać, ale ze względu na kiepskie połączenie, zaproponowałam Jej inne rozwiązanie. Przywiozę kota do Lublina, a później wraz ze znajomym pojedziemy do Łodzi samochodem. Pojawił się również pomysł wypadu do Kazimierza Dolnego i Tumu. Zbyt wiele radości, jak na jeden raz? Ależ.
Miałam wyruszyć w środę, ale po telefonie od J., że musiał zostać w Warszawie, przełożyłam bilet na czwartek. Nie było z tym problemu. Myślałam swoje, ale gdzieś tam po cichu wierzyłam, że się wszystko poukłada, mimo poślizgu. Jakże byłam naiwna.
Wyruszyłam w czwartek, wraz z kotem, który był wyjątkowo cierpliwy i grzeczny. Podróż w sypialnym wagonie PKP była w zasadzie bardzo przyjemna. Jeśli nie liczyć upadku z łóżka, jaki zaliczyłam, gdy pociąg mocniej skręcił. Przesiadka w Warszawie zupełnie bezstresowa, zajęłam miejsce i byłam coraz bliżej Lublina, gdzie miałam zostać odebrana przez J.. WTEM, dowiedziałam się, że On dopiero wyrusza ze stolicy i prawdopodobnie po mnie nie zdąży. Czy byłam zaskoczona? Może trochę.
Gdy dotarłam na miejsce, otrzymałam wiadomość, z której wynikało, że mam sobie wsiąść w autobus, wysiąść w centrum i znaleźć jakieś miejsce, w którym będę mogła się zagrzać. Ja i komunikacja miejska w obcym mieście? Byłam bliska płaczu. Gdy wysiadłam z autobusu, zaczął padać deszcz. Okazało się, że wszystkie kawiarnie i restauracje czynne są od 10:00, więc teoretycznie musiałabym się przez godzinę snuć po mieście. Ja, wielka walizka oraz transporter z wymęczonym kotem. Wspaniale, prawda?
Jakimś cudem, w ciemnej bramie, znalazłam maleńki kebab turecki. W środku śmierdziało spalonym olejem, było cholernie ciasno, a stojący za barem facet w ogóle nie budził mojego zaufania. Ale przecież nie będę tak stała na dworze i mokła, co nie? Zapakowałam się do środka ze swoim majdanem, skutecznie zajmując 3/4 miejsca przeznaczonego dla klientów. Zamówiłam kawę i frytki, wyciągnęłam książkę i miałam nadzieję, że nikt mnie stąd nie przegoni przez najbliższe 30 minut.
Przeczekałam deszcz i wyruszyłam w poszukiwaniu bardziej przyjaznego miejsca, najlepiej z dobrą kawą i wifi. Udało mi się dotrzeć na Krakowskie Przedmieście do Nescafe Cafe, gdzie usiadłam sobie spolojnie i zamówiłam razową szarlotkę, licząc, że to poprawi mój nastrój. Dodam tylko, że Pan J. wciąż milczał, a ja pogodziłam się z tym, że będę musiała czekać do 14:00, aż przyszła właścicielka Chevroleta skończy zajęcia i po nas przyjedzie. Tak też było. Wypiłam jeszcze ze dwie herbaty, zjadłam czekoladową muffinkę i próbowałam nie myśleć o tym, co mi się przytrafiło.
Byłam zmęczona, wściekła, że narażam kota na taki stres, przemoknięta i marzyłam o prysznicu. Bóg mi świadkiem, że gdyby wtedy J. wpadł w moje ręce, prawdopodobnie nie uszedłby z życiem.
Alicja pojawiła się przed 14:00, po krótkiej wymianie zdań, ruszyłyśmy na autobus. Postanowiłyśmy kupić dla mnie bilety w automacie. Jako, że jestem ze wsi i takie wynalazki mnie przerażają, wręczyłam Ali banknot, ale okazało się, że maszyna ich nie przyjmuje z jakiegoś niewiadomego powodu. Sięgamy po drobne – z trudem uzbierałyśmy 4,80. Niestety okazało się, że automat nie chce połknąć również monet poniżej 10 gr. Dzięki życzliwemu Panu, który stał tuż obok, w końcu udało się wydobyć z tej nieszczęsnej machiny to, czego potrzebowałyśmy. Cała sytuacja była dość zabawna i rozładowała napięcie, które towarzyszyło mi od rana.
Gdy dotarłyśmy do domu, ucieszyłam się na widok rezydentki – Oksa (po domowemu Soja) jest przepiękną szylkretową norweżką. Wyjątkowo pokojowo nastawiona, chodziła za Chevroletem jak cień. Gdzie On, tam i Ona. Byłam pewna, że szybko się dogadają i będą stanowili zgrany duet. Fantastyczna dziewczyna, fantastyczna kotka – kocurkowi na pewno będzie tam dobrze.
Kiedy wiedziałam już, że będę mogła przenocować u Alicji (o czym zapewniała mnie od samego początku), wysłałam do J. wiadomość z pytaniem, czy się zobaczymy. Odpowiedzią nie byłam zaskoczona. Podobno nadal tkwił w stolicy. Przepraszał, ale nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia. Nie licząc na to, że cokolwiek się w tym temacie zmieni, sprawdziłam rozkład pociągów na trasie Lublin – Łódź i w sobotę pojechałam tam sama.
W przedziale spotkałam bardzo miłą studentkę weterynarii, zamieniłyśmy kilka słów, a potem każda z nas zajęła się swoją lekturą. W Nałęczowie dosiadły się dwie starsze panie. Sympatyczne staruszki miały tak ciężkie walizki, że ledwo udało nam się je zapakować na półkę bagażową. W czasie kontroli biletów, jednej ze staruszek zaciął się zamek w torebce. I to nie byle jak się zaciął. Torebka przechodziła z rąk do rąk, aż w końcu udało się ją otworzyć przy pomocy małych nożyczek i moich paznokci. Nie jestem w stanie słowami opisać euforii, jaka ogarnęła wszystkie kobiety w przedziale :-)
Ta podróż przywróciła mi częściowo wiarę w ludzi. Właśnie takie akcje z podróży pociągami, pamiętałam z dzieciństwa. Wtedy współpraca między współpasażerami oraz życzliwość były na porządku dziennym. Dziś zdarza się niezwykle rzadko. Mnie w czasie całej podróży, zaledwie jeden mężczyzna zaproponował pomoc.
Gdy dotarłam do Łodzi, dzielnie ruszyłam na poszukiwanie ulicy Srebrnej. Mniej więcej w 1/4 drogi zwątpiłam, że idę w dobrym kierunku. Kiedy mama spoglądając w Google Maps, poinformowała, że mam do przejścia jakieś 52 km byłam nieźle załamana, ale szybko okazało się, że zostały mi jeszcze 4. Szłam i szłam i szłam, ciągnąc za sobą ten cholerny bagaż po wyjątkowo koślawych chodnikach Łodzi. I przeklinałam w duchu swój „heroizm”. Trzeba było wziąć taksówkę, ale gdzie tam, chciałam dotrzeć na miejsce na piechotę. No i dotarłam, po mniej więcej godzinie. Czy byłam z siebie dumna? Ależ! :-)
W niedzielę rano nie byłam już skłonna do takich spacerów, więc na seminarium (o którym będzie oddzielna notka) do hotelu NoBo pojechałam taksówką. Wiecie, u nas we wsi tego nie ma, że tuż po zamówieniu otrzymujesz smsa z informacją o tym, jaki samochód o jakim numerze po Ciebie przyjedzie. To niezwykle ułatwia identyfikację „swojej” taksówki. Po seminarium jednak zrobiłam sobie spacer. Dotarcie na miejsce zajęło mi pół godziny. Po czym kolejne pół, spędziłam na szukaniu czynnego sklepu spożywczego. Jakaż była moja radość, gdy udało mi się go zlokalizować!
Powrót z Łodzi do domu nie był już tak emocjonujący. Do Szczecina jechałam w wagonie, który był pozbawiony prądu, a co za tym idzie, również ogrzewania (choć nie jestem pewna, czy to w pociągach jest ze sobą jakoś sprzężone?). Natomiast ze Szczecina do Świnoujścia w wagonie, w którym dla odmiany było cholernie gorąco. Wiadomo, równowaga w świecie musi być.
Wyjazd ten, z pewnością zapamiętam na bardzo długo. Liczyłam na fajny, pełen emocji weekend, a dostałam solidną lekcję od życia. Na ilość wrażeń chyba nie mogę narzekać. Wracając do Pana, który mnie tak spektakularnie wystawił do wiatru, w Łodzi okazało się, że na liście osób, które zgłosiły chęć uczestnictwa w seminarium – nie ma nazwiska pana J. Podobnie, jeśli chodzi o rezerwację noclegu. Czyli najprościej mówiąc – zostałam zrobiona w konia. I to takiego sporego.