Moja wolna sobota

Sobota była absolutnie cudnym dniem. Chociaż dzień wcześniej trochę „zaszalałam” i poszłam spać około 3, wstałam w doskonałym humorze już o 9. Po śniadaniu, wybrałam się do miasta. Miałam w planie zakup spodni, który w piątek mi się nie udał.

Kolejki w sklepach okropne. Czyżby ludzie postanowili się na wiosnę obkupić? Zapomniałam już, jak wygląda robienie zakupów w weekendy i nieco się umęczyłam, ale upolowałam dwie pary nowych spodni i to o dwa rozmiary mniejsze od tych, które kupowałam w grudniu. Mam też nowe kolczyki.

Ze względu na przeciągające się przeziębienie i panujący na zewnątrz ziąb, zdecydowałam, że nie pójdę na mecz. Było mi nawet przykro początkowo, ale gdy się dowiedziałam, że przegrali, to nawet się ucieszyłam, że nie zmarzłam.

Wybrałyśmy się z mamą do „naszej” restauracji. Wypiłyśmy bardzo dobrą kawę i zjadłyśmy jeszcze lepszy obiad. Mama pierogi ruskie, ja dorsza. Pisałam już, że kocham ryby? Nie? To piszę teraz. Kocham ryby. Miłością wielką. Zupełnie od niedawna.

Z listy „do kupienia” na ten rok, zniknęła pozycja „smartfon”. Za namową mamy, kupiłam go nieco wcześniej niż planowałam, ale przynajmniej mam to z głowy. Cieszę się jak dziecko, gdyż rozwiązuje to sporo problemów i wprowadza pewne udogodnienia.

Wieczór, zgodnie z planem, spędziłam w kinie. Ku mojemu zaskoczeniu na obu seansach ludzi było niewiele, więc warunki całkiem komfortowe. Najpierw obejrzałam „Jacka Stronga”, a później „300: Początek Imperium”, których recenzje zamieszczę w kolejnym wpisie.

Najlepsze w tym dniu było to, że nikt do mnie nie dzwonił i nikt nie zawracał mi głowy. Bardzo mi się podobało. Poproszę o jeszcze :-)

Leave a Reply