Na chorobę – filmy!

Choroba ma to do siebie, że możesz bez wyrzutów sumienia leżeć całymi dniami w łóżku i nadrabiać zaległości. Korzystając z okazji, postanowiłam obejrzeć kilka filmów i zrobić na liście „do obejrzenia” miejsce dla innych. Wybrałam dwie nowości oraz dwie nieco starsze produkcje.

„Wilk z Wallstreet” to jeden z tych filmów, o których wspominałam w jednej z poprzednich notek. Dużo Oscarowych nominacji, a w zasadzie niezbyt mi się podobał. Nazwisko Martina Scorsese zwiastowało coś fajnego, ludzie, którzy obejrzeli film przede mną chwalili, a mnie się po prostu cholernie dłużyło. Dużo seksu, dużo narkotyków i wulgarny język – jesteśmy tym atakowani z każdej strony, każdego dnia, a ja chyba nie mam już ochoty patrzeć na to w filmach. Leonardo DiCaprio prawdopodobnie zasłużył na nominację do Oscara, którego prawdopodobnie znowu nie dostanie, ale ja za Nim nie przepadam od zawsze, więc żeby mniej bolało, próbowałam się skupić na innych aktorach. Prawie mi się udało.

Sięgnęłam po „Monster`s Ball” z 2001 bo byłam przekonana, że go nie widziałam, ale przy kilku scenach miałam deja-vu, więc to chyba nie był mój pierwszy raz z tym filmem. Mimo wszystko, nie żałuję. Chociażby ze względu na obsadę. Śliczna Halle Berry, na którą cudnie się patrzy nawet wtedy, kiedy nie jest taka śliczna. Billy Bob Thornton, którego w pierwszej części filmu szczerze nienawidzę, a którego później nawet lubię oraz Heath Ledger, którego lubię od samego początku, a którego śmierci (nie tylko tej filmowej) jakoś odżałować nie mogę. Bardzo dobry, chociaż smutny.

„S1m0n3” z Alem Pacino to absolutnie genialne kino. Oglądałam i z zapartym tchem czekałam na to, co będzie dalej. A było coraz lepiej, chociaż pod koniec autentycznie się przestraszyłam, że główny bohater zostanie skazany za morderstwo osoby, która nigdy nie istniała. Film świetnie pokazuje, jak łatwo można manipulować ludźmi i sprawić, by uwierzyli w to, czego nie ma. Ciekawy pomysł, fajnie zrealizowany. Dziwne, że trafiłam na ten film dopiero teraz. W każdym razie, Al Pacino jak zwykle niezawodny, a Winona Ryder irytuje tak samo jak zwykle (mnie oczywiście). Polecam.

Zupełnie przypadkiem obejrzałam dwa filmy w podobnym klimacie i to jeden po drugim. Najpierw „Simone” z 2003, a później najnowszy filme „Her”, który również otrzymał nominację do Oscara.

Podobnie jak w przypadku „American Hustle”, nie miałabym nic przeciwko, gdyż ten film, absolutnie na statuetkę zasługuje. Świetna gra jednego aktora z ciekawym, choć dość abstrakcyjnym wątkiem relacji między człowiekiem, a systemem operacyjnym.
Nie czytałam wcześniej opisu filmu i całe szczęście, gdyż wtedy prawdopodobnie bym go nie obejrzała, a warto. O „miłości w internecie” napisano już wiele, ale zawsze dotyczyła ona LUDZI, którzy po prostu poznali się przez internet lub zakochali się w sobie za pośrednictwem komputera. W tym filmie, wygląda to nieco inaczej i mam nadzieję, że nas to nie dotyczy i jeszcze długo nie będzie. Mimo wszystko, polecam.

PS. Notka powstała w niedzielę, jeszcze przed rozdaniem Oscarów.

Leave a Reply