Wczoraj po części w ramach poprawiania sobie nastroju, a po części z potrzeby – wybraliśmy się z Mężem na „łazienkowe” zakupy. Deska sedesowa już od dawna wymagała wymiany, ale jakoś tak nigdy się nie złożyło, żeby w końcu ją kupić. Wczoraj zamiast wkładki do zamka od drzwi wejściowych, przynieśliśmy do domu deskę. Zabawna, nieco zaskakująca, ale do mnie niespecjalnie przemawia. Moim idolem z dekorowanych desek, była zdecydowanie deska w kwiatuszki, której akurat nie mieli na stanie, więc Mąż podjął decyzję o zakupie deski z zatopionymi żyletkami i drutem kolczastym. Nim usiądę, sprawdzam ręką czy na pewno się nie pokaleczę.
Wróciłam z opasłym pakietem folderów i ulotek – z meblami łazienkowymi, ceramiką, bateriami, natryskami. W trakcie ich przeglądania, przypomniałam sobie, że przecież wymiany wymaga również natryskowa „słuchawka”, która od pewnego czasu przepuszcza wodę bokiem i mam problem, żeby umyć głowę. Wróciliśmy więc do sklepu. O tym, że zdecydowanie przesadziłam z wyborem, dowiedziałam się dopiero w domu.
Kupiliśmy zestaw firmy Deante i wybrałam chyba największy z możliwych. Zestaw wyposażony jest w drążek aluminiowy, wąż rozciągliwy o podwyższonej elastyczności oraz system anti – calc, pozwalający na błyskawiczne usuwanie osadu wapiennego z dysz. Można ustawić takie rodzaje strumienia, o jakie mi chodziło: strumień deszczowy, hydromasaż, dwa strumienie mieszane oraz strumień miękki. Nic, tylko się kąpać.
Dwa drobiazgi, a w łazience powiało świeżością. Lubię takie drobne zmiany.