Tag Archives | podróże

Szczeciński wtorek

Wtorek zaplanowany miałam od dawna. Załatwiłam wolny dzień, zapisałam się do kosmetyczki, a w południe miałam w końcu spotkać się z Wojtkiem w Szczecinie. Przez wiele miesięcy nie było nam po drodze.

Udało się, chociaż nie bez przeszkód. Najpierw okazało się, że pociąg, którym miałam jechać wyleciał z rozkładu, a później zabrakło miejsc w busie. Udało się mnie upchnąć w Jomsborgu. Ciasno było i niewygodnie, ale kierowca jeździł wyjątkowo profesjonalnie, bo mnie nawet choroba lokomocyjna nie dopadła.

Wojtek zafundował mi zwiedzanie miasta, nie skąpiąc przy tym opowieści związanych z jego historią. Była kawa oraz lody z gorącymi malinami w Restauracji Na Kuncu Korytarza oraz absolutnie uroczy epizod przy Teatrze Krypta, gdzie totalnie sparaliżowała mnie moja, doskonale wszystkim znana, nieśmiałość. Pokonała mnie i już. Rozmowę o traumie związanej z wodolotem, też pewnie zapamiętam na długo. Jak całe spotkanie ;)

Po spotkaniu była Galeria Kaskada, w której postanowiłam się zgubić oraz wmieszać w tłum. Udało mi się to przynajmniej kilka razy. Doskonale potrafię namierzyć swoje ulubione sklepy (w Camaieu znalazłam to, czego szukałam od wielu miesięcy!), ale jestem z siebie dumna, gdyż nie kupiłam ani jednej sztuki biżuterii, choć miałam wielką ochotę.

Udało mi się również wypić kawę z Darkiem, po czym zostałam porwana i zaciągnięta do klubu bilardowego. Miło było znowu zobaczyć twarze, których tak dawno nie widziałam oraz poznać te, które dotychczas znało się jedynie z literek na ekranie monitora.

W związku z niespodziewanym spotkaniem, postanowiłam wrócić do domu busem, który niestety mi uciekł. Nie udało nam się go dogonić w Dąbiu. Trafiłam jednak na osobę o wielkim sercu i zostałam odstawiona pod samą przeprawę promową. Z tego miejsca pragnę gorąco podziękować mojemu ulubionemu Jackowi (od dziś jest moim jeszcze bardziej ulubionym bohaterem) za to, że poświęcił mi swój czas oraz przeprosić za to, że pokrzyżowałam Mu wtorkowe plany.

Wszystkim, którzy pojawili się dzisiaj w moim życiu, dziękuję za każdy powód do uśmiechu, a było ich naprawdę sporo :-)

0 Comments

Lubelsko – łódzka przygoda

Historia moich ostatnich wojaży, jest tak pokręcona i skomplikowana, że nie jestem pewna czy zmieści się w jednej notce, a jeśli nawet, to wątpię, by ktokolwiek dotrwał do końca, ale nic to. Zapiszę sobie, ku potomności, ku przestrodze. Żebym się kurwa w końcu nauczyła, że pewnym ludziom ufać nie należy.

Jakoś w styczniu dowiedziałam się, że w Łodzi odbędzie się Seminarium FPL. Wysłałam zgłoszenie i zarezerwowałam nocleg, żeby mieć już wszystko dopięte na ostatni guzik. Po drodze, po długich rozmowach z pewnym Panem, wyszło, że spotkamy się w Łodzi. Podobno zapisał się na seminarium, miał też zarezerwować nocleg tam, gdzie ja. Całkiem fajnie – pomyślałam – nie będę sama w tym nieprzyjaznym, wielkim mieście.

Jakiś czas później, zgłosiła się dziewczyna, która postanowiła przygarnąć Chevroleta. Miała po Niego przyjechać, ale ze względu na kiepskie połączenie, zaproponowałam Jej inne rozwiązanie. Przywiozę kota do Lublina, a później wraz ze znajomym pojedziemy do Łodzi samochodem. Pojawił się również pomysł wypadu do Kazimierza Dolnego i Tumu. Zbyt wiele radości, jak na jeden raz? Ależ.

Miałam wyruszyć w środę, ale po telefonie od J., że musiał zostać w Warszawie, przełożyłam bilet na czwartek. Nie było z tym problemu. Myślałam swoje, ale gdzieś tam po cichu wierzyłam, że się wszystko poukłada, mimo poślizgu. Jakże byłam naiwna.

Wyruszyłam w czwartek, wraz z kotem, który był wyjątkowo cierpliwy i grzeczny. Podróż w sypialnym wagonie PKP była w zasadzie bardzo przyjemna. Jeśli nie liczyć upadku z łóżka, jaki zaliczyłam, gdy pociąg mocniej skręcił. Przesiadka w Warszawie zupełnie bezstresowa, zajęłam miejsce i byłam coraz bliżej Lublina, gdzie miałam zostać odebrana przez J.. WTEM, dowiedziałam się, że On dopiero wyrusza ze stolicy i prawdopodobnie po mnie nie zdąży. Czy byłam zaskoczona? Może trochę.

Gdy dotarłam na miejsce, otrzymałam wiadomość, z której wynikało, że mam sobie wsiąść w autobus, wysiąść w centrum i znaleźć jakieś miejsce, w którym będę mogła się zagrzać. Ja i komunikacja miejska w obcym mieście? Byłam bliska płaczu. Gdy wysiadłam z autobusu, zaczął padać deszcz. Okazało się, że wszystkie kawiarnie i restauracje czynne są od 10:00, więc teoretycznie musiałabym się przez godzinę snuć po mieście. Ja, wielka walizka oraz transporter z wymęczonym kotem. Wspaniale, prawda?

Jakimś cudem, w ciemnej bramie, znalazłam maleńki kebab turecki. W środku śmierdziało spalonym olejem, było cholernie ciasno, a stojący za barem facet w ogóle nie budził mojego zaufania. Ale przecież nie będę tak stała na dworze i mokła, co nie? Zapakowałam się do środka ze swoim majdanem, skutecznie zajmując 3/4 miejsca przeznaczonego dla klientów. Zamówiłam kawę i frytki, wyciągnęłam książkę i miałam nadzieję, że nikt mnie stąd nie przegoni przez najbliższe 30 minut.

Przeczekałam deszcz i wyruszyłam w poszukiwaniu bardziej przyjaznego miejsca, najlepiej z dobrą kawą i wifi. Udało mi się dotrzeć na Krakowskie Przedmieście do Nescafe Cafe, gdzie usiadłam sobie spolojnie i zamówiłam razową szarlotkę, licząc, że to poprawi mój nastrój. Dodam tylko, że Pan J. wciąż milczał, a ja pogodziłam się z tym, że będę musiała czekać do 14:00, aż przyszła właścicielka Chevroleta skończy zajęcia i po nas przyjedzie. Tak też było. Wypiłam jeszcze ze dwie herbaty, zjadłam czekoladową muffinkę i próbowałam nie myśleć o tym, co mi się przytrafiło.

Byłam zmęczona, wściekła, że narażam kota na taki stres, przemoknięta i marzyłam o prysznicu. Bóg mi świadkiem, że gdyby wtedy J. wpadł w moje ręce, prawdopodobnie nie uszedłby z życiem.

Alicja pojawiła się przed 14:00, po krótkiej wymianie zdań, ruszyłyśmy na autobus. Postanowiłyśmy kupić dla mnie bilety w automacie. Jako, że jestem ze wsi i takie wynalazki mnie przerażają, wręczyłam Ali banknot, ale okazało się, że maszyna ich nie przyjmuje z jakiegoś niewiadomego powodu. Sięgamy po drobne – z trudem uzbierałyśmy 4,80. Niestety okazało się, że automat nie chce połknąć również monet poniżej 10 gr. Dzięki życzliwemu Panu, który stał tuż obok, w końcu udało się wydobyć z tej nieszczęsnej machiny to, czego potrzebowałyśmy. Cała sytuacja była dość zabawna i rozładowała napięcie, które towarzyszyło mi od rana.

Gdy dotarłyśmy do domu, ucieszyłam się na widok rezydentki – Oksa (po domowemu Soja) jest przepiękną szylkretową norweżką. Wyjątkowo pokojowo nastawiona, chodziła za Chevroletem jak cień. Gdzie On, tam i Ona. Byłam pewna, że szybko się dogadają i będą stanowili zgrany duet. Fantastyczna dziewczyna, fantastyczna kotka – kocurkowi na pewno będzie tam dobrze.

Kiedy wiedziałam już, że będę mogła przenocować u Alicji (o czym zapewniała mnie od samego początku), wysłałam do J. wiadomość z pytaniem, czy się zobaczymy. Odpowiedzią nie byłam zaskoczona. Podobno nadal tkwił w stolicy. Przepraszał, ale nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia. Nie licząc na to, że cokolwiek się w tym temacie zmieni, sprawdziłam rozkład pociągów na trasie Lublin – Łódź i w sobotę pojechałam tam sama.

W przedziale spotkałam bardzo miłą studentkę weterynarii, zamieniłyśmy kilka słów, a potem każda z nas zajęła się swoją lekturą. W Nałęczowie dosiadły się dwie starsze panie. Sympatyczne staruszki miały tak ciężkie walizki, że ledwo udało nam się je zapakować na półkę bagażową. W czasie kontroli biletów, jednej ze staruszek zaciął się zamek w torebce. I to nie byle jak się zaciął. Torebka przechodziła z rąk do rąk, aż w końcu udało się ją otworzyć przy pomocy małych nożyczek i moich paznokci. Nie jestem w stanie słowami opisać euforii, jaka ogarnęła wszystkie kobiety w przedziale :-)

Ta podróż przywróciła mi częściowo wiarę w ludzi. Właśnie takie akcje z podróży pociągami, pamiętałam z dzieciństwa. Wtedy współpraca między współpasażerami oraz życzliwość były na porządku dziennym. Dziś zdarza się niezwykle rzadko. Mnie w czasie całej podróży, zaledwie jeden mężczyzna zaproponował pomoc.

Gdy dotarłam do Łodzi, dzielnie ruszyłam na poszukiwanie ulicy Srebrnej. Mniej więcej w 1/4 drogi zwątpiłam, że idę w dobrym kierunku. Kiedy mama spoglądając w Google Maps, poinformowała, że mam do przejścia jakieś 52 km byłam nieźle załamana, ale szybko okazało się, że zostały mi jeszcze 4. Szłam i szłam i szłam, ciągnąc za sobą ten cholerny bagaż po wyjątkowo koślawych chodnikach Łodzi. I przeklinałam w duchu swój „heroizm”. Trzeba było wziąć taksówkę, ale gdzie tam, chciałam dotrzeć na miejsce na piechotę. No i dotarłam, po mniej więcej godzinie. Czy byłam z siebie dumna? Ależ! :-)

W niedzielę rano nie byłam już skłonna do takich spacerów, więc na seminarium (o którym będzie oddzielna notka) do hotelu NoBo pojechałam taksówką. Wiecie, u nas we wsi tego nie ma, że tuż po zamówieniu otrzymujesz smsa z informacją o tym, jaki samochód o jakim numerze po Ciebie przyjedzie. To niezwykle ułatwia identyfikację „swojej” taksówki. Po seminarium jednak zrobiłam sobie spacer. Dotarcie na miejsce zajęło mi pół godziny. Po czym kolejne pół, spędziłam na szukaniu czynnego sklepu spożywczego. Jakaż była moja radość, gdy udało mi się go zlokalizować!

Powrót z Łodzi do domu nie był już tak emocjonujący. Do Szczecina jechałam w wagonie, który był pozbawiony prądu, a co za tym idzie, również ogrzewania (choć nie jestem pewna, czy to w pociągach jest ze sobą jakoś sprzężone?). Natomiast ze Szczecina do Świnoujścia w wagonie, w którym dla odmiany było cholernie gorąco. Wiadomo, równowaga w świecie musi być.

Wyjazd ten, z pewnością zapamiętam na bardzo długo. Liczyłam na fajny, pełen emocji weekend, a dostałam solidną lekcję od życia. Na ilość wrażeń chyba nie mogę narzekać. Wracając do Pana, który mnie tak spektakularnie wystawił do wiatru, w Łodzi okazało się, że na liście osób, które zgłosiły chęć uczestnictwa w seminarium – nie ma nazwiska pana J. Podobnie, jeśli chodzi o rezerwację noclegu. Czyli najprościej mówiąc – zostałam zrobiona w konia. I to takiego sporego.

2 Comments

Rozpoczęcie sezonu nurkowego

Miniony weekend spędziłam w Starym Kaleńsku, na rozpoczęciu sezonu nurkowego. Bardzo chciałam jechać, ale później im bliżej wyjazdu, tym mniejszą miałam ochotę. Okazało się jednak, że to były trzy, bardzo udane dni i wcale nie miałam ochoty wracać do szarej rzeczywistości.

Jestem zakręcona do tego stopnia, że w zasadzie do samego końca wydawało mi się, że nie znam osobiście osoby, która miała mnie ze sobą zabrać. Oczywiście pod promem okazało się, że owszem znamy się, ale co ja poradzę… w ostatnich miesiącach przewinęło się przez moje życie tak wiele osób, że tylko nieliczne jestem w stanie zakodować. W każdym razie – podróż upłynęła w sympatycznej atmosferze, chociaż na trasie kiepskie ze mnie towarzystwo.

Na miejscu czekało już ognisko oraz fantastyczne towarzystwo. Było piwo, kiełbaski, długie rozmowy, wspólne palenie sziszy i mnóstwo śmiechu. Imprezę opuściliśmy w okolicach godziny 4:00. Stwierdziliśmy, że zaczyna się przejaśniać i generalnie – warto byłoby się trochę przespać.

W związku z tym, że zostałam ulokowana w pokoju z trzema, zupełnie obcymi mi dziewczynami i trochę mnie ta wizja przeraziła, zostałam przygarnięta przez bardzo sympatyczną istotę, która tuliła mnie do samego rana, za co grzecznie podziękowałam następnego dnia. Rozrywki tuż przed snem, dostarczył nam Pan, nocujący tuż nad nami, który chyba trzy razy szedł pod prysznic i wydawał przy tym dość zabawne odgłosy.

W sobotę rano, przy śniadaniu stwierdziłam, że nie mam mocy. Głowę miałam ciężką i trudno mi było wydobyć z siebie jakiekolwiek słowo, co oczywiście zostało zauważone i skomentowane tekstem w stylu: Jestem pod wrażeniem potoku słów, który wydobywa dziś z siebie Karolina. Niestety nie byłam w stanie nurkować bo samopoczucie mi na to nie pozwalało. Miałam wielką ochotę, ale jednocześnie miałam świadomość tego, że w obecnym stanie to jednak za duże ryzyko jak na początek. Żal mi było okropnie.

Pogoda była przepiękna, więc w przesympatycznym towarzystwie (z dziećmi i psami włącznie) siedzieliśmy sobie na ławeczkach, piliśmy piwko i delektowaliśmy się wszechogarniającą ciszą. Po południu było kolejne ognisko, a później mecz siatkówki oraz kolacja z karaoke i tańcami do białego rana…

Na kanapie w przedsionku znowu było wspólne palenie sziszy. Była również dziwna akcja z kierownikiem, który gdzieś tam rzucił tekst o zawinięciu mnie na 48 h za to, że obdarowałam go najbardziej groźnym spojrzeniem „spode łba”, na jakie było mnie w danej chwili stać. Było również karaoke. Oraz stwierdziliśmy, że utwory Dżemu do tego właśnie idealnie się nadają. Jedzenie naprawdę niezłe i dla mnie w ilości nie do przejedzenia. Kulinarną atrakcją wieczoru był pieczony prosiaczek. Ciasta domowej roboty były przepyszne i chwalili je chyba wszyscy dookoła. Impreza znowu skończyła się bladym świtem, choć tym razem, wymiękłam w okolicach 2:00.

W niedzielę było już nieco chłodniej. Słońce nie świeciło tak, jak poprzedniego dnia. Chętnych na nurkowanie było dużo mniej i w zasadzie nurkowali już chyba tylko „nasi”. Mimo chłodnego wiatru, dogorywaliśmy na pomoście wsłuchując się w śpiew ptaków i szum wody. WTEM. Naszła mnie ochota na kąpiel w jeziorze. Po zamoczeniu stóp byłam niemal pewna, że chcę to zrobić. Poleciałam ubrać strój, przytargałam ręcznik i ku zaskoczeniu wszystkich, zrobiłam sobie rundkę wokół pomostu. Wbrew temu, czego się spodziewałam, woda nie była aż tak bardzo zimna. I nie, nie przegrałam żadnego zakładu, choć zważywszy na okoliczności, podejrzenia były jak najbardziej uzasadnione. Nikt mi jednak nie zarzuci, że nie weszłam do wody ;)

O 15:00 był obiad, pakowanie, pożegnania i…najmniej przyjemna część całego wyjazdu – powrót do domu. Już dawno tak dobrze nie wypoczęłam. Było absolutnie fantastycznie. Dopisało wszystko – pogoda, towarzystwo, a nawet humor, który uległ znacznej poprawie :-)

0 Comments

Ogród zoologiczny

Kiedy w dniu wyjazdu do Gdańska, okazało się, że Mąż nie zdąży na umówione spotkanie, zdecydowaliśmy, że najpierw pojedziemy do gdańskiego zoo. Bardzo chciałam zobaczyć słonie oraz kilka innych zwierząt, których nie widziałam w ogrodzie krakowskim.

Ogród zrobił na mnie ogromne wrażenie. Jego powierzchnia jest po prostu olbrzymia. Przy każdym zwierzęciu, zatrzymywaliśmy się tylko na krótką chwilę, a i tak chodzenie zajęło nam ponad trzy godziny. Nie przeraził nas nawet deszcz i zmęczenie podróżą. Wszystkie wybiegi były bardzo czyste, a zwierzęta zadbane. Generalnie, było tam po prostu ładnie.

Kiedy w końcu doszliśmy do moich ukochanych słoni – prawie się popłakałam. Z daleka było widać słonicę, która kołysze się na boki. Wyglądało to tak, jakby tańczyła. Jednak po przeczytaniu historii, jaka Ją spotkała, nie miałam ochoty na uśmiech i żarty. Byłam wściekła na ludzi. Na to, że potrafią być tak okrutni i bezwzględni.

Słoniczka wbrew pozorom, wcale nie tańczy. Cierpi na częściowy niedowład trąby, więc aby podać sobie do buzi jedzenie, musi trąbę najpierw rozbujać. Była przykuta łańcuchem do podłogi, więc jedna noga wygląda naprawdę źle. Bardzo żałuję, że takie rzeczy spotykają tak szlachetne i cudowne zwierzęta.

Słonica po przejściach – artykuł o słonicy Wiki.

Jednak oprócz smutnych momentów, były chwile bardziej radosne. Doszliśmy bowiem do wniosku, że pogoda sprzyja amorom. Bezwstydnie fotografowałam uprawiające seks zwierzęta i śmiałam się, że puszczę w eter wielbłądzie porno ;)

Kilka obrazków – wybaczcie, nigdy nie nauczę się robić zdjęć.


Bardzo zwierzęcy seks ;)

To, co myli mi się najbardziej czyli żyrafa i zebra w jednym stały wybiegu…

Grzybki też były, Mąż powiedział, że jadalne. Ładne były na pewno.

0 Comments

Notatki z urlopu – część 8

12.07.2007

W zasadzie tego dnia, nie działo się nic szczególnego. Czas na wsi po prostu płynie dużo wolniej i jakoś tak beztrosko, że w sumie nie do końca byłam pewna, czy aby na pewno nie śnię. Pamiętam, że na obiad na pewno były parowane pierogi z jagodami – moje ulubione, które nierozerwalnie kojarzą mi się z wakacjami spędzanymi właśnie w tym miejscu.

Mężowi udało się zwalczyć ból żołądka. Prawdopodobnie przyczyniły się do tego lekarstwa z babcinej apteczki (vide kobylak lub spirytus z miodem i kaktusem). Ucieszyłam się na wieść o tym, że w końcu czuje się dobrze bo w pełni mogłam się cieszyć faktem bytowania w ukochanym miejscu.

Wieczorem całą gromadą ruszyliśmy do Staszka, żeby obejrzeć nasz film z wesela. Wszystkim się podobało. Cukiernik stwierdził, że tort był przepiękny, a cała reszta, że wesele wspaniałe i dekoracje takie piękne…

Część rodziny pojechała samochodem, a ja wracałam rowerem razem z kuzynem bo ktoś przecież musiał drugi rower odprowadzić. Cud to jakiś, że nie obaliłam się na drodze, gdy we wsi zgasły wszystkie światła i zapanowała CIEMNOŚĆ. Za jazdę rowerem bez świateł powinniśmy dostać mandat, zdecydowanie. Kuzyn wyczarował jakąś lampkę w swoim rowerze, która niestety nie chciała się świecić nawet wtedy, gdy porządnie pedałował. Do domu jednak dotarliśmy cało i o dziwo w jednym kawałku – znaczy się w dwóch, ja jeden kawałek, a Łukasz drugi. Dzień wcześniej też jeździłam rowerem, żeby nie było. Udało mi się nawet wykręcić parę kółeczek – ach, widziałam ten podziw w oczach Męża, który chyba nie do końca wierzył, że potrafię się rowerem poruszać ;)

13.07.2007

Cały dzień chodziłam smętna. Wciąż nie mogłam się pogodzić z tym, że musimy już wracać do domu. Wiedziałam, że nie obejdzie się bez łez – co jeszcze bardziej pogłębiało mój wstrętny humor. Starałam się jak najwięcej czasu spędzić z dziećmi. Musiałam się nimi nacieszyć na kolejnych kilka miesięcy. Nie przypuszczałam, że już zawsze tak trudno będzie mi się stąd odjeżdżało…

Gdy zaczęliśmy się pakować, puściły mi nerwy. Czepiałam się Jurka za każdym razem, gdy wniósł do samochodu kolejną torbę. Nie chciałam, ale to było silniejsze ode mnie. Ja po prostu chciałam tam zostać jak najdłużej i nie mogłam patrzeć, jak ten przeklęty pojazd zapełnia się naszymi bagażami, co zapowiadało nieuchronny odjazd. Na koniec ciocia zapakowała nam do bagażnika worek młodych ziemniaków, marchewki, buraki i inne warzywa z przydomowego ogrodu.

Po długich pożegnaniach, pozdrowieniach, uśmiechach i rejestrowaniu zaproszeń dla całej rodziny, odjechaliśmy. Przez ponad godzinę ryczałam i nie potrafiłam się uspokoić. Na każde wspomnienie miłych chwil, rozpłakiwałam się jak małe dziecko. Łukasz (kuzyn) pisał do mnie smsy. Mądre treści zawarte w tych wiadomościach, docierały do wszystkich zakamarków mojego serducha. Wyryły się też w mojej pamięci na całe wieki.

Podróżowaliśmy nocą, z każdą chwilą oddalając się od najwspanialszego zakątka na ziemi. Nie spałam. W trakcie 14 godzinnej podróży, przespałam może ze trzy godziny – co na moje możliwości jest prawdziwym drobiazgiem.

W Szczecinie pojechaliśmy do warsztatu, gdzie czekała na nas szyba. W ciągu pół godziny mieliśmy nowiutką szybę w tylnych drzwiach naszego wehikułu. Kosztowała nas 240 zł i okazała się być najdroższą ze wszystkich szybą. Ucieszyłam się bo byliśmy już bardzo blisko domu (pocieszała mnie ta myśl – skoro nie mogę być tam to niech już chociaż tu będę). Jak się jednak potem okazało, lekko się przeliczyłam.

Mąż pojechał jakąś trasą, którą ja osobiście pierwszy raz na oczy widziałam. Co w sumie nie powinno być dla nikogo zaskoczeniem, zwłaszcza, że zwykle śpię na trasie Szczecin – Świnoujście. Ta jednak, wydawała mi się wyjątkowo dziwna i z niczym mi się nie kojarzyła. Jechaliśmy po znakach bo już nie mieliśmy siły słuchać GPS`a, który zaczął wypuszczać z siebie teksty typu „za 100 metrów jedź do przodu, następnie jedź do przodu” tak, jakbyśmy się wcześniej cały czas cofali.

Cóż, okazało się, że pojechaliśmy trasą na której nie można zawrócić. Ku wielkiemu zdziwieniu, moim oczom ukazały się znaki informujące o granicy państwa. Lekko zdezorientowana, zaczęłam się śmiać, że ze Szczecina do Świnoujścia będziemy jechali przez Niemcy. Okazało się, że wcale się nie pomyliłam.

Nie mogliśmy zawrócić bo nie było takiej możliwości, w związku z czym musieliśmy przekroczyć granicę, a następnie zawrócić gdzieś w Niemczech i z powrotem przekroczyć granicę. Nabijałam się z Męża i cieszyłam się, że nie mam prawa jazdy. Zaczęłam nawet podejrzewać, że była to celowa zagrywka Męża, który słusznie zauważył, że teraz nie będę mogła powiedzieć, że w trakcie urlopu nie byłam za granicą. Byłam, owszem ;)

0 Comments