Tag Archives | praca

Tym razem o pracy

Plany mają to do siebie, że lubią się zmieniać. Zmieniają się samoistnie, albo pojawiają się okoliczności, które do tej zmiany nas zmuszają. Tak było właśnie w moim przypadku.

Chciałam mieć wolny przyszły weekend. Okazało się jednak, że tym razem, PLAN trzeba nieco przesunąć w czasie. Teraz, gdy skład będzie okrojony, nie mogę i nie chcę zostawić ekipy samej.

Syn szefowej ponownie złamał rękę (złamaną poprzednio w grudniu), tym razem czeka Go operacja. Najlepiej, żeby została przeprowadzona jak najszybciej – to w teorii. W praktyce czas oczekiwania wynosi od 3 do 6 miesięcy. W związku z czym, szefowa jeździ po lekarzach, szpitalach, wszystko to pomiędzy dyżurami w pracy . Nie zapomina o nas, choć generalnie chodzi na rzęsach. Syn szefowej w związku z kontuzją, jest oczywiście wyłączony z pracy.

Jakby mało było problemów. Dziś złamała nogę mama szefowej. Przesympatyczna Pani, która opiekuje się naszymi firmowymi kwiatami. Bez Niej nasz taras widokowy, nie byłby latem taki piękny. Smutno więc i problemów coraz więcej, gdyż właśnie dzisiaj ruszyła nowa gałąź naszego magicznego miejsca – punkt gastronomiczny w którym hot-dogi, zapiekanki, gofry i frytki. Nowe zadania, nowe wyzwania, ale i dodatkowe kłopoty.

Turystów jak na lekarstwo, ale pracujemy po dziesięć godzin dziennie (minimum), gdyż ciągle mamy duże imprezy. Po powrocie do domu, odrabiam zadania domowe, czyli robię to, na co zabrakło mi czasu w pracy. Ledwo świecę, nie wiem jak się nazywam, a to dopiero początek. Niby najbliższy weekend mam wolny, ale wybieram się na wystawę i wstać muszę o 6:00…

Nawet nie mogę się spokojnie wykąpać, gdyż regularnie zasypiam w wannie. To dość niebezpieczne, więc bardzo muszę się pilnować. W dodatku książki jakoś nie chcą się same przeczytać.

0 Comments

Leśne ludki

Rzadko piszę o pracy, gdyż w zasadzie ciągle to samo. Turyści polsko – niemieccy, duże imprezy dla zorganizowanych grup, ręcznie robiona biżuteria, a w sezonie dodatkowo koncerty oraz wernisaże. Bywają dni, kiedy chce mi się płakać. Kiedy szczekam na ludzi i generalnie mam ochotę się schować w najciemniejszym kącie fortu. Bywają dni, kiedy jest ruch i chce mi się pracować, a czas płynie wyjątkowo szybko.

Mam wrażenie, że ten rok przyniesie spore zmiany. Są poważne plany, pewne rzeczy już się dzieją. Jedni podchodzą do wszystkiego z ogromnym entuzjazmem, a inni mają pewne wątpliwości związane z tym, co nowe.

Dzisiejszy dzień był zabawny, chociaż w zasadzie bardzo podobny do pozostałych. Środek dnia, w zasadzie znikomy ruch, a robić coś trzeba. Już powoli nudziła mi się zabawa w podkradanie drewna do kominka, więc zdecydowałyśmy z Beatą, że idziemy do lasu. Uzbrojone w robocze rękawiczki, metalowy wózek na gumowych kołach oraz dwie piłki – ruszyłyśmy w poszukiwaniu suchego drzewa.

Wyglądać musiałyśmy komicznie, takie leśne ludki, które zbierają drzewo na opał. W lesie dyskusje o szczepieniu przeciwko boreliozie (bo na pewno pełno na nas kleszczy) oraz o robalach, które wyłażą spod mokrego drewna (fu, nie lubię). Trzask łamanych gałęzi, piłowanie grubych konarów i generalnie frajda na całego.

Wracając z tym wózkiem pełnym drewna, targając długaśne badyle pod pachami, byłyśmy spocone i zmęczone, ale miałyśmy dość siły, by śmiać się z tej sytuacji na całego. Ktoś powinien nas sfotografować w akcji, a później dołączyć napis w stylu: polska rzeczywistość – czyli jak kończą ludzie po studiach (na zdjęciu informatyk i dziennikarz).

Czasem sobie myślę, że powinnam pracować z daleka od ludzi, albo w bardzo hermetycznym gronie. Najlepiej fizycznie – bo praca fizyczna sprawia, że mój organizm produkuje masowe ilości endorfin i autentycznie czuję się wtedy szczęśliwsza. W lesie wszystko wygląda inaczej i nawet najbardziej obrzydliwe robaki, nie są mi straszne.

0 Comments

Praca uszlachetnia? Akurat.

Kiedy miałam za dużo wolnego, narzekałam, że nic się nie dzieje, że monotonia, że nie wiem co robić z nadmiarem czasu, a teraz marudzę, że nie mam czasu na nic oprócz pracy.

Ruch turystyczny co prawda jest mocno średni, jeśli wziąć pod uwagę porę roku oraz pogodę, ale mamy strasznie dużo zorganizowanych imprez. Pół biedy, jeśli osób jest kilkadziesiąt, a impreza trwa do trzech godzin.

Kilka dni temu, mieliśmy imprezę dla 150 gości. Ludzie wyszli z fortu w okolicach 2:00, ale nim ogarnęliśmy bałagan była 3:00 nad ranem. Miałam na sen zaledwie trzy godziny i z powrotem musiałam iść do pracy, żeby ten chaos po imprezie ogarnąć. Po powrocie do domu, padłam jak kawka i obudziłam się dopiero po 12 godzinach snu.

W tym tygodniu również maraton – sześć dużych imprez w ciągu pięciu dni i praca od dziesięciu do dwunastu godzin minimum. Dopiero za tydzień mam dwa wolne dni – w środę jadę na koncert Katie do Poznania, a przy okazji zaliczę targi Home Decor, a w czwartek będę odpoczywała i może odwiedzę moje kociaki, które w Poznaniu mieszkają.

Atmosfera w pracy chwilami jest nie do zniesienia. Szczególnie, jeśli spotkają się w jednym miejscu szef z żoną i kłócą się ze sobą, bez względu na to, czy jest przy tym personel czy goście. Ja się wkurzam, uciekam najdalej jak się da, albo zajmuję się jakąś głupią robotą, żeby tylko nie znaleźć się w obrębie pola rażenia, a reszta ekipy chodzi podminowana. Gęsta atmosfera nie sprzyja nikomu, ale szefostwo najwyraźniej tego nie pojmuje.

Najgorsze jest to, że jeszcze nie zaczął się sezon, a my wszyscy jesteśmy już zmęczeni. Co to będzie później? Ja mam serdecznie dość chwilami. Miewam dni, kiedy po powrocie do domu ryczę w poduszkę, a następnego dnia zaciskam zęby i znowu tam idę…na co mi to wszystko?! Powinnam już dawno rzucić tę robotę w cholerę i się stąd wynieść, najdalej jak się da…

0 Comments

Dzień za dniem

Często marudzę, że nic się u mnie nie dzieje i nie mam o czym pisać. Teraz, gdy dzieje się mnóstwo, dla odmiany nie mam czasu, by o tym wspomnieć. Nadal pracuje mi się dobrze, a może nawet lepiej. Rozpoczęły się wakacje, pogoda jest przepiękna, więc gości automatycznie mamy więcej i czas jakoś szybciej mija.

Wyrównała mi się już opalenizna na dekolcie, a i ręce wyglądają przyzwoicie. Nareszcie zniknęły mi pierwsze piegi, ale chyba powinnam opalić sobie jeszcze czoło. Kiedy się obijamy, to się obijamy, ale kiedy walą do nas tłumy, wszyscy równo zasuwamy. Odżyłam i było mi to potrzebne. Czerwiec upłynął mi tak szybko, że się obawiam, czy jak się jutro nie obudzę, to przypadkiem nie będzie już styczeń…

Dwie nasze kotki wyjechały do kawalerów, którzy mieszkają niedaleko Poznania. Czekamy na wieści i trzymamy kciuki, żeby wszystko poszło zgodnie z planem. Teraz, kiedy ich z nami nie ma, uświadamiam sobie, jak wiele dla mnie znaczą, obie. Dom bez nich jest pusty i po prostu inny. Z niecierpliwością czekam na dzień, w którym będziemy mogli je odebrać bo bardzo za nimi tęsknię.

Opowiadanie o całej reszcie paskudnych stanów emocjonalnych, odłożę na później.

0 Comments

Piknik (nie)firmowy

Miała się tutaj pojawić krótka relacja z pikniku, na którym byłam wraz z rodziną tydzień temu. Piknik był oczywiście bardzo sympatyczny, ale generalnie o samym pikniku nie mogłabym zbyt wiele napisać. Jest jednak coś, co sprawiło, że piknik ten był jedną z najlepszych imprez tego roku. Tak się bowiem zabawnie złożyło, że w czasie, gdy pochłaniałam mozzarellę z pomidorami, otrzymałam ofertę pracy i bez mrugnięcia okiem z niej skorzystałam.

Pracuję w uroczym miejscu, którym jest Fort Anioła. Ostatni tydzień spędziłam w murach, pod którymi znajdują się ogromne ilości wody, w towarzystwie różnorodnych ludzi, co jest bardzo miłą odmianą po miesiącach „pustelniczego” dość trybu życia. Cisza panująca w domu (nie licząc dwóch rujkujących kotek) mnie zaskakuje i na nowo zadziwia.

Droga do pracy i z powrotem, przebyta na piechotę to jakieś 5 km dość szybkiego marszu dziennie. Jeśli wziąć pod uwagę fakt, że przez cały dzień drepczę po terenie fortu, to okazuje się, że w ciągu tygodnia ruszałam się więcej i częściej niż podczas poprzedniego miesiąca. Jestem na diecie, ruch mi się przyda, więc aktualnie jestem zachwycona.

Pracuję w miłej atmosferze, z naprawdę fajną ekipą i każdego dnia, jestem otoczona masą ludzi (często niestety Niemców). Dostaję dniówki, więc to zupełnie inna bajka i wiem, że jeśli zostanę godzinę czy dwie dłużej – będę miała za to zapłacone.

Niestety na własne życzenie, dorobiłam się pokrzywki na rękach i dekolcie, która najprawdopodobniej jest reakcją alergiczną na słoneczne promienie. Nie opalałam się kilka lat, więc nie powinno mnie to dziwić, a jednak…

Dzisiaj przyjmowaliśmy grupę ok. 40 Chińczyków. Wyszłam na taras, żeby przypilnować kieliszków z winem, które przygotowaliśmy specjalnie na przywitanie. To, co działo się później, nadal nie mieści mi się w głowie. Przez godzinę byłam maskotką dla skośnookich mężczyzn, którzy koniecznie chcieli sobie zrobić ze mną zdjęcie. Polskich, naprawdę ŁADNYCH kobiet było na tym tarasie kilka, ale to właśnie JA musiałam z pięćdziesiąt razy ustawiać się do zdjęcia.

Szef miał rację. Pewnie będą mi się dzisiaj całą noc śnili super bogaci Chińczycy… ;-)

2 Comments