Tydzień temu, w czwartek wyruszyliśmy na drugi koniec Polski. Głównym celem podróży było wesele – typowo wiejskie i zupełnie niespodziewane. Jechaliśmy 13 godzin, w dość kiepskich warunkach, ale było warto. Jak zawsze. Na widok ośnieżonej, ukochanej wsi, uśmiechnęłam się bardzo szeroko i zupełnie zapomniałam, że jestem okropnie zmęczona. W zasadzie od razu pojechałam, żeby pomóc w przygotowaniach do wesela na sali. Nie obyło się bez przeszkód. Kiedy pojawiły się kucharki okazało się, że woda zamarzła i nie mogą wziąć się za gotowanie. Nieogrzewana od dłuższego czasu sala, nie chciała się nagrzać do sensownej temperatury, zabrakło również materiału do wykończenia weselnej dekoracji. Pomagałam w rozkładaniu talerzy, układaniu serwetek oraz sztućców, a wieczorem padłam jak kawka. Brat Panny Młodej nocował na sali i dorzucał węgiel, żeby goście następnego dnia nie pozamarzali w czasie wesela.



Do samego końca nie było wiadomo, czy ślub się w ogóle odbędzie. Na kilka dni przed weselem, ciężarna Panna Młoda się rozchorowała i wylądowała w szpitalu. Ordynator powiedziała, że nie wypuści Jej ślub, co sprawiło, że wszyscy byli mocno zmartwieni i zdenerwowani. Dopiero, gdy ujrzeliśmy Ilonę u fryzjera, uwierzyliśmy w to, że wszystko będzie dobrze. Niestety z kosmetyczki musiała zrezygnować, gdyż się fryzjerka nie wyrobiła i kwestia makijażu spadła na mnie. Byłam przerażona, ale nie dałam tego po sobie poznać. Sama bardzo rzadko się maluję, a malowanie kogoś i to na taką okazję, było ponad moje siły. Jakoś dałam radę.


Młodzi wyglądali ślicznie, a ceremonia zaślubin standardowo mnie wzruszyła. Po wyjściu z kościoła, Młodzi wypuścili białe gołębie… a później było powitanie Młodych na sali, toast za ich zdrowie oraz składanie życzeń i wręczanie prezentów. Później rodzice Pana Młodego przepadli na 4 godziny bo musieli iść wydoić krowy. Brak mi słów, by opisać ich zachowanie.



Wesele było naprawdę udane, o czym świadczy chociażby to, że mój Mąż większość czasu spędził na parkiecie ;) obtańcowując ciotki lub włączając się do wspólnych tańców.
O godzinie 22:00 Młodzi musieli jechać do szpitala, żeby Młoda dostała zastrzyk. Lekarz okazał się bezwzględnym człowiekiem i powiedział, że Ilona musi wrócić do szpitala o 1:00… i dobry humor szlag trafił.
Podziękowania dla rodziców były krótkie, ale przy piosence Cudownych rodziców mam oczywiście mocno się popłakałam. Rozczulił mnie widok płaczącego wujka i cioci. Dla porównania rodzice Młodego stali niewzruszeni niczym posągi. Ich twarze były jak skały, zero jakichkolwiek uczuć. Spojrzenia były tak puste i nijakie, że ściskało mnie gdzieś w środku. To bardzo dziwni ludzie są.

Kiedy wjechał na salę tort, zaparło mi dech w piersiach. Był przepiękny, śnieżnobiały z różowymi kwiatuszkami. Prosty, elegancki – dokładnie taki, jaki ja sama chciałam mieć. Gdyby na moim torcie weselnym były takie kwiatki, na pewno bym nie płakała. Oprócz tego był przepyszny, lekki, świeży i owocowy. Ojciec chrzestny Młodej spisał się na medal :)

Po północy, wszyscy goście robili sobie z Młodymi pamiątkowe zdjęcie, więc również ustawiliśmy się w kolejce. Następnie Państwo Młodzi zatańczyli ostatni taniec, gdyż o 1:00 Panna Młoda musiała wrócić do szpitala.

Nie potrafiłam sobie nawet wyobrazić co czuł Piotr, który tuż po ślubie musiał się rozstać ze swoją żoną. To był strasznie smutny moment wesela. Płakali rodzice, płakało rodzeństwo i płakaliśmy my. Pocieszanie Młodego kiepsko mi wychodziło, choć naprawdę się starałam. Widziałam, że nie jest Mu lekko, ale w takiej chwili nie działały żadne słowa. Piotr jednak, na koniec powiedział mi, że życzenia, które Mu złożyłam zapamięta do końca życia.
Kolejny dzień spędziliśmy na porządkowaniu tego, co zostało po weselu. Zorganizowaliśmy poczęstunek poprawinowy dla najbliższej rodziny i rozmawialiśmy do późna. Były też niecodzienne zwierzenia i nocne Polaków rozmowy. Żal było odjeżdżać…
Pocieszam się, że pod koniec kwietnia znowu się zobaczymy, a później pewnie w wakacje, kiedy już przyjdzie na świat maluszek Młodej Pary :-)