Trzy miesiące, a jakby jeden

Dużo się wydarzyło w ciągu ostatniego miesiąca. Bardzo dużo.

Tak brzmieć miały pierwsze zdania tego wpisu, dopóki nie uświadomiłam sobie, że to nie miesiąc, a prawie trzy minęły!

Chciałabym napisać o tylu rzeczach. Podzielić się wszystkimi wydarzeniami w których brałam udział i wszystkimi zabawnymi momentami, które mi się przytrafiły. Chciałabym napisać chociażby kilka słów na tematy, które umieściłam na specjalnej liście, na wypadek, gdyby któregoś dnia, dopadł mnie brak weny. Nie mam na to jednak specjalnie czasu bo albo pracuję, albo cieszę się życiem. Poznaję cudownych ludzi, noszę sukienki i buty na obcasie wyższym niż zwykle, a przy okazji łamię męskie serca BO TAK.

Jestem przeogromnie szczęśliwa, że w końcu świeci słońce i do pracy mogę chodzić w japonkach i krótszych spodniach. Jeszcze bardziej cieszy mnie to, że udało mi się przed czerwcowym weselem (nie wierzę, że minęły od niego już prawie dwa miesiące!) zrzucić 16 kg i zrobić to, o czym mówiłam mamie na początku diety: kupić nową sukienkę pod warunkiem, że będzie ona mniejsza od tych, które posiadam.

W maju zaczęłam namiętnie fotografować kwiaty w różnym stadium rozwoju i zarwałam więcej nocy niż w ciągu całego zeszłego roku. Było warto, gdyż każda zarwana noc to genialne chwile spędzone z bardzo fajnymi ludźmi i kolejne wspomnienia, które pozostaną mi na lata.

Na początku czerwca, spędziłam z bratem absolutnie genialny tydzień w moim małym raju, którym jest lubelska wieś. Rozważamy opcję rzucenia wszystkiego w pizdu i przeniesienia się na wschód Polski bo w tej wiosce na wyspie dostajemy szału. Na wsi fajnie jest.

Piłam piwo, wódkę, chodziłam spać z kurami, spacerowałam po polu, robiłam za kelnerkę na poprawinach, jadłam truskawki zerwane prosto z krzaczka i bawiłam się z małą Julką. Swatałam też brata z pewną fajną panną, ale z racji odległości misja się nie powiodła, chociaż nie powiem, iskrzyło mocno. Dzięki czemu, pewnej nocy, odwiedziliśmy również Lublin!

Po powrocie do domu, przeżyłam anginę ropną, w czasie której (mimo bardzo wysokiej gorączki) chodziłam do pracy oraz na imprezy, co było skrajnie nieodpowiedzialne, biorąc pod uwagę konsekwencje w postaci kłębuszkowego zapalenia nerek.

Poznałam chłopaka, którego pochopnie oceniłam na podstawie wyglądu, a który okazał się mega wrażliwym człowiekiem. Lubi dobrą herbatę i potrafi grać na gitarze – o co nigdy bym Go nie podejrzewała, nawet przez moment. Często spotykamy się w tym samym miejscu, rozmawiamy w podobnym klimacie, idziemy na hot-dogi w środku nocy, a potem lądujemy u Niego w domu. On bierze gitarę i gra, a ja śpiewam wszystkie te kawałki, chociaż kompletnie nie potrafię śpiewać. A On to uwielbia (to moje fałszowanie i kiedy milknę domaga się więcej) i zawsze mnie wtedy całuje. A potem idziemy spać. Ja nigdy nie zabieram Mu kołdry – bo obiecałam, a On nigdy nie dotknął mnie nawet palcem – bo obiecał. Najbardziej dyskretny facet pod słońcem. Wiecznie jest otoczony wianuszkiem ślicznych dziewczyn i zawsze mnie pyta, czy mi to przeszkadza. No co mam Mu powiedzieć, skoro wokół mnie, też zawsze pełno facetów? Uwielbiam Go oraz sposób w jaki mówi do mnie: co tam Karolinka?

Spędziłam też weekend na wsi z obcym facetem, którego poznałam na schodach w banku. No dobra, nie do końca tak to wyglądało. Nim Go na tych schodach zobaczyłam, rozmawialiśmy przez internet ponad trzy miesiące. Jednak biorąc pod uwagę fakt, że mieszka w innym mieście, a spotkaliśmy się na tych schodach tylko dlatego, że każdemu z nas tego dnia coś nie wyszło – było to ciekawe przeżycie.

Zaprzyjaźniłam się również z dwoma dziewczynami. Oliwię wiecznie podejrzewają o to, że jest moją siostrą, a Ola mieszka w Niemczech i regularnie do nas zagląda, gdy tylko ma więcej wolnego. W babskim gronie spędziłyśmy moje imieniny, sącząc kolorowe drinki i gadając o depilacji nóg – uwierzcie, że to był najbardziej „typowo babski wieczór”, jaki w życiu spędziłam.

Po babskim wieczorze, nad ranem pojawił się Pan Niepodrywalny, który zrobił mi na śniadanie pyszną jajecznicę i wręczył prezent imieninowy w postaci czarnego, tańczącego wibratora! Absolutny hit miesiąca. Moja mina, kiedy zobaczyłam prezent na stole – bezcenna.

Dostałam ponowne zaproszenie do Holandii, trochę zatęskniłam i za krajem i za Rico, więc może się wybiorę. Szczególnie, że w Roosendaal coraz więcej znajomych polskich pyszczków.

Oświadczył mi się również mężczyzna z Grecji, który koniecznie chce, żebym rzuciła tu wszystko i wyjechała z Nim do Finlandii. Serio, poważnie zastanawiam się nad Jego propozycją. Szczególnie, że w pracy jest tak beznadziejnie, że na samą myśl o tym, że mam rano wstać i do niej iść – robi mi się niedobrze.

Oraz chcę rozpocząć studia skandynawskie. I wyprowadzić się na zabitą deskami wioskę, w której będę sobie prowadziła gospodarstwo agroturystyczne z kurkami, kaczkami i krowami na czele.

I żeby nie było, pojawiła się na horyzoncie osoba, do której mi serce mocniej zapukało, ale trochę mi entuzjazm minął, kiedy zgubiłam się między półkami w Kauflandzie i otrzymałam SMSa, że Jemu to niekoniecznie mocniej puka. I chociaż kilka dni później, odszczekał tego SMSa i powiedział, że się bardzo pomylił, to jednak ja zakodowałam sobie kosza i schowałam się do swojej skorupki.

A później stwierdziłam, że tylko cudem nie pogubiłam się jeszcze w tych wszystkich facetach. A także, że najlepiej jest wtedy, kiedy z każdym pozostaję w luźnych relacjach. I nawet, jeśli po drodze pojawi się jakiś seks, to nikt nie dorabia do tego całej ideologii, tylko się cieszy tym, co jest.

Leave a Reply